Komisje trójstronne i inne takie ciała budziły we mnie zawsze uczucia ambiwalentne. No bo z jednej strony: poprawność polityczna, dialog społeczny i tak dalej, a z drugiej, brak porządnej ustawy o lobbingu, który jednak jest tego dialogu podstawą. Oraz, last but not least, zawsze myślałam, że po to wybieram określonych polityków, żeby to oni rządzili, a nie związkowcy.
REKLAMA
Czyli: podoba mi się Tusk i jego pomysły, wybieram Tuska, podoba mi się Kaczyński - wybieram Kaczyńskiego. I dopiero, gdy ci politycy będą mieli szansę wprowadzić swoje zapowiedzi w czyn, ja będę miała szansę ocenić, czy były coś warte. Te same pomysły Tuska czy Kaczyńskiego uzgodnione z Dudą i Guzem, przemielone przez związki zawodowe gorników, nauczycieli, hutników, mundurowych, postulaty chciejstwa, wsobności i myślenia wyłącznie w kategoriach interesu kilku najgłośniejszych w Polsce grup zawodowych - bo przecież dziennikarze nie pójdą wyrywać płyt chodnikowych, a emerytów i pracownic z kas supermarketów w komisji trójstronnej nie ma - wydają mi się żałosną namiastką tego dialogu społecznego, którym zbyt wielu w demokracji wyciera sobie twarz. Poza tym pomysły polityków, na których głosowałam, zazwyczaj są już po takim "dialogu" w komisji trójstronnej karykaturą samych siebie.
W kraju w którym komisje trójstronne i inne zdają się świętymi krowami, ja, obywatel chcący ewentualnie za czymś zalobbować, czyli móc mieć szanse przedstawić politykom swoje racje i realia mojej pracy i życia, jestem traktowana jak złodziej i unika się ze mną kontaktu, żeby się nie narażać. Zwłaszcza jeśli jestem przedsiębiorcą, bankowcem, generalnie obrzydliwym "liberałem" i "bogaczem". Równocześnie jakość stanowionego prawa jest tak zła, że wielu specjalistów (najczęściej zagranicznych, oczywiście) zwraca uwagę, że ustawy, o treści czasem zupełnie od czapki, robią wrażenie pisanych na zamówienie, co oznacza, że jacyś posłowie jednak biorą za to złe prawo pieniądze pod stołem.
I to są drodzy Państwo sprawy wymagające pilnych obserwacji, zmian i rozmów, jednym słowem dialogu, a nie to, czy jakiemuś panu związkowcowi podoba się ten czy inny minister w rządzie Donalda Tuska.
