Zaskoczyła mnie reakcja niektórych dziennikarzy na moją deklarację, że nie będę zapraszać do studia faszystów. Kilka argumentów przeciw było na tyle kuriozalnych, a równocześnie tak często powtarzanych i zakorzenionych w umysłowości i mentalności ludzi kształtujących debatę publiczną, że warto się nad nimi krótko pochylić.
REKLAMA
Nad konstatacją jednego z dziennikarzy, że jeśli przestanie zapraszać faszystów i nacjonalistów, to zostanie sam, bez gości, przejdę do porządku dziennego, bo jest to wyraz słabego warsztatu dziennikarskiego i błędnego (choć nagminnego w polskich mediach) pojmowania obiektywizmu jako nawalanki w której naprzeciw siebie siedzą gladiatorzy, zamiast argumentów operujący epitetami. Jest to oczywiście typowe chodzenie na skróty w miejsce zadania sobie trudu, znalezienia błyskotliwych i mądrych ekspertów i analityków. Rozumiem, że moje uderzenie w ten patent na prowadzenie programów publicystycznych, w tę haniebną dziennikarską praktykę zabolało, stąd odzew nożyc wybrzmiał dość głośno.
Zaniepokoiły mnie jednak głosy, skądinąd doświadczonych publicystów, których szanuję, że „niezapraszanie faszystów do studia to cenzura” oraz, drugi najczęściej powtarzany slogan: „nie rozwiążemy problemu, udając, że go nie ma”.
Bo, pomijając fakt, że my, publicyści i dziennikarze, nie jesteśmy od rozwiązywania problemów społecznych (od tego są politycy), tylko od mówienia o nich, pobudzania do debaty i refleksji, pokazywania możliwie różnych punktów widzenia w patrzeniu na daną sytuację, tak aby ludzie sami mogli wyrobić sobie zdanie, to:
Cenzura, drodzy państwo to zabronienie komuś, głoszenia jego poglądów, przekonań, mówienia o nich i pokazywania ich w przestrzeni publicznej (a tego nie chcę i nie mogę robić). Takiej cenzurze podlegają dziś w Polsce na przykład poglądy antykatolickie.
Nie ma mowy o cenzurze, kiedy narodowcy i nacjonaliści, a także faszyści mogą głosić publicznie swoje przekonania, mogą je demonstrować, jak widać również używając siły, mogą o nich mówić w licznych mediach i publikować w licznych prawicowych – i nie tylko - gazetach.
Do telewizji Trwam nie są zapraszani działacze lewicowi – czy także uważamy, że poglądy lewicowe podlegają w Polsce cenzurze? Czy ktoś podniósł z tego powodu larum?
Zgodzimy się chyba, że taki pogląd byłby śmieszny i niczym nieuzasadniony.
Nie jest cenzurą ustanowienie własnych granic, a moją granicą jest krzywdzenie innych ludzi (bicie ich, poniżenie, niszczenie ich mienia, wyzwiska) i mam prawo – właśnie w ramach mojej wolności - z takimi ludźmi nie rozmawiać i nie zadawać się, ani prywatnie, ani w przestrzeni publicznej.
Nie jest cenzurą ustanowienie własnych granic, a moją granicą jest krzywdzenie innych ludzi (bicie ich, poniżenie, niszczenie ich mienia, wyzwiska) i mam prawo – właśnie w ramach mojej wolności - z takimi ludźmi nie rozmawiać i nie zadawać się, ani prywatnie, ani w przestrzeni publicznej.
Czy zamierzam tym samym „udawać, że takie poglądy nie istnieją”? Skąd! Po prostu nie mam ochoty przykłada dać ręki do ich rozpowszechniania i gloryfikowania. Czy do zrelacjonowania i rzetelnego omówienia zjawiska gwałtów, konieczne jest zaproszenie do studia gwałciciela, opowiadającego z lubością jak gwałcił kobietę i tłumaczącego, że baby noszące miniówki to element któremu trzeba dać nauczkę i że właściwie ten gwałt był prowokacją tej suki?
Na marginesie rozmów o cenzurze: przypominam, że artykuł 13 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej zakazuje istnienia partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa. Tak więc, gdyby ktoś, na przykład parlament, chciał faszystów ocenzurować, jak najbardziej mógłby to uczynić zgodnie prawem.
