Nie podzielam dość powszechnego uznania dla Jarosława Kaczyńskiego za wyjazd na Ukrainę, wręcz zachwytu nad nim nawet takich jego ideowych przeciwników jak Adam Michnik.
REKLAMA
Sądzę, że dowodzi on tylko naszego słowiańskiego, naiwnego zamiłowania do jednorazowych wielkich i romantycznych czynów (choć wyjazd Kaczyńskiego akurat wielki ani romantyczny nie był, jedynie za taki miał uchodzić) i słów, nie popartych konsekwentną, mrówczą, ciężką, nierzadko wielomiesięczną, a nawet wieloletnią pracą – nie genialnych, błyskotliwych jednostek, lecz całego korpusu dyplomatycznego, a nawet niższych rangą MSZ-owskich urzędników.
Żadnemu z zachwycających się po telewizorach Jarosławem Kaczyńskim publicystów i polityków dziennikarze prowadzący rozmowy nie zadali elementarnego pytania: co właściwie Kaczyński zrobił dla Ukrainy? Jakie są jego konkretne zasługi? Jaką konsekwentną politykę proukraińską prowadzi? Nie licząc milczenia, gdy jego brat, Lech Kaczyński za dobre stosunki z Juszczenką "sprzedał" prawdę historyczną, nie protestując, gdy ówczesny prezydent Ukrainy postanowił uhonorować pośmiertnie Stepana Banderę, legendarnego przywódcę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, bestialsko mordującej Polaków na Wołyniu.
Zupełnie kuriozalne jest także stawianie na równi z Kaczyńskim prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, polityka bardzo zasłużonego w realnym wspieraniu dążeń niepodległościowych między innymi Ukrainy, który zresztą za swoją postawę zapłacił bardzo wymierną cenę – prawdopodobnie własnej międzynarodowej kariery. Z ust wielu dyplomatów słyszałam nieoficjalnie, że właśnie z powodu swojego postępowania w sprawie Ukrainy Rosja od lat blokuje kandydaturę Kwaśniewskiego na jakiekolwiek znaczące stanowiska poza Polską. Gdyby Lech Kaczyński żył, prawdopodobnie byłby z punktu widzenia Rosji dużo bardziej pożądanym kandydatem iż Kwaśniewski: pożądanym, bo zupełnie nieskutecznym i w zasadzie ośmieszającym idee, których usiłowałby bronić.
Mogę tylko powtórzyć to, co napisałam już na Facebooku, a co wydaje mi się jedynym logicznym podsumowaniem całej tej sytuacji: sądzę, że gdyby mój absolutny idol w kwestiach dyplomatycznych, Maurice de Talleyrand, miał skomentować poczynania Kaczyńskiego, nie używając przy tym określeń powszechnie uznawanych za obraźliwe - to – w przeciwieństwie do wielu naszych publicystów i polityków - nic by nie powiedział.
