Biskupi mają rację - gender rzeczywiście jest zagrożeniem. Tyle, że nie dla społeczeństwa i rodziny, ale dla konkretnej uprzywilejowanej grupy mężczyzn – właśnie kleru katolickiego - bojących się stracić swoją pozycję i władzę. Stracą ją i tak, bo w cywilizowanym świecie to nie do uniknięcia, ale na razie walczą o to, by trwała jak najdłużej, nie przebierając w środkach, brutalnie i bezwzględnie. Na miejscu feministek wcale nie starałabym się wony z gender wyciszać, przeciwnie - rozdmuchałabym ją do niebotycznych rozmiarów. Bo wojna z gender, to tak naprawdę wojna nas, kobiet, o nas. Niepowtarzalna okazja, żeby podnieść głowy i zażądać od mężczyzn, także tych w sutannach, należnych nam praw, należnego nam miejsca w społeczeństwie,dla którego robimy przecież o niebo więcej niż księża katoliccy. Osobiście uważam, że wojnę kleru z gender każda z nas, kobiet, powinna odebrać jako zamach na siebie, swoje prawa i obywatelskie wolności, jako bezprecedensowy przykład nienawiści i pogardy, któremu - jeśli się nie przeciwstawimy, będziemy musiały ulec, pogarszając tym samym naszą - i tak już wystarczająco złą społeczną, psychologiczną, finansową i prawną sytuację.
Gender to jest wojna kobiet
REKLAMA
W wojnie z gender widać, jak klerowi obcy jest zupełnie komunitaryzm, postawa i nurt myślenia podkreślające ogromną wartość wspólnot i działania w kategoriach społecznych, szeroko zresztą w tej chwili dyskutowany, zwłaszcza w krajach anglosaskich, a w Polsce zupełnie nieobecny w dyskursie publicznym, z ogromną szkodą dla obywateli i obywatelek.
Spora część hierarchów i księży katolickich to kompletnie aspołeczne jednostki, rozumujące w wąskich kategoriach interesów branżowych. Kompletnie nie rozumieją, że oni jako księża, ale też jednostki i obywatele, funkcjonują w ramach społeczności, której częscią są kobiety, mające takie sama prawa jak mężczyźni.
Nie odróżniają zdrowego egoizmu, mówiącego „ja i moja grupa zawodowa, płciowa i każda inna, jesteśmy ważni, ale tak samo ważni, ni mniej, ni więcej, ale właśnie tak samo, są inni ludzie i ich grupy, zawodowe czy płciowe oraz ich interesy” , od egoizmu chorego, który twierdzi „ja i moja grupa jesteśmy najważniejsi, nasze uczucia i interesy mają pierwszeństwo przed uczuciami i interesami innych ludzi i grup. Jesteśmy ważniejsi, więc zasługujemy na przywileje”.
Dla kleru katolickiego najważniejszy jest on sam i kropka.
Jednak co oczywiste dla kleru, nie jest już oczywiste dla oświeconych prawników, demokratów, myślicieli i filozofów, dla inteligencji, wreszcie - po prostu dla sporej grupy coraz bardziej wsciekłych na kler Polaków i Polek. Dla nich jest jasne, że kler katolicki w Polsce cieszy się ogromnymi przywilejami między innymi finansowymi i społecznym całkowicie niezasłużenie. Nie ma dla tych przywilejów usprawiedliwienia i są skrajnie nieprzejrzyste, zarówno jeśli chodzi o sposób ich przyznawania, jak korzystania z nich i rozliczania się. I jest jasne, że to właśnie w obronie tych przywilejów walczą księża, nazywając to „wojną z gender, które niszczy rodzinę”.
Jeśli spojrzymy na kler katolicki trzeźwo, bez otoczki ogłupiającej ideologii, zobaczymy grupę mężczyzn sprawujących konkretną władzę, mających wpływ na stanowione prawo, cieszących się pieniędzmi, które spadają z nieba (działalność kościelno – rządowej komisji majątkowej), kupujących poparcie polityków konkretnymi usługami świadczonymi na rzecz ich partii politycznych – na przykład agitacją polityczną i wyborczą prowadzoną w kościołach, od wieków traktujących kobiety jak służące, korzystających z ich nieodpłatnych usług i pracy. A także - bez większych ograniczeń - z ich ciał i ciał ich dzieci.
Z tego punktu widzenia staje się jasne dlaczego i w jaki sposób traktowanie kobiet tak samo – nie lepiej, nie gorzej, lecz dokładnie tak samo jak mężczyzn – zagraża żywotnym interesom kleru katolickiego i wszystkim mężczyznom uważającym się za radykałów prawicowych. A to przecież przede wszystkim postuluje gender, postulują feministki!
To feministki domagają się uznania prac domowych najczęściej wykonywanych przez kobiety za wartościowe i odpłatne, domagają się dla kobiet wolnego wyboru w sprawach światopoglądowych, np. w sprawie aborcji, co odebrałoby klerowi i mężczyznom w ogóle władzę nad ich ciałami (a władza nad ciałem jest istotną częścią władzy w każdej tyranii). Wyedukowane genderowo (czyli w kwestii swoich praw) katoliczki i niekatoliczki zaczną zadawać pytania, dlaczego pełnią w kościele i w społeczeństwie tylko funkcje podrzędne, służebne, a nie biorą udziału w podziale władzy.
Zaczną pytać, dlaczego właściwie mają rodzić w bólach, skoro mężczyzna poddający się zabiegowi operacji raka prostaty może korzystać z środków przeciwbólowych? Później zaczną interesować się, jaka część środków publicznych jest przeznaczana na sprawy służące mężczyznom, a jaka na sprawy ważne dla kobiet.
Zaczną domagać się ustaw uwzględniających ich potrzeby: społeczne, biologiczne, psychologiczne i finansowe, zażądają szacunku.
Dlatego wojna biskupów z gender tylko pozornie jest bajaniem o złych feministkach, mającym odwrócić uwagę od pedofilii w kościele. Naprawdę to krwawa i bezwzględna wojna z perspektywą równościową w życiu społecznym i politycznym, wypowiedziana kobietom (uosabianym przez feministki) właśnie przez kler katolicki – mężczyzn, choć w sutannach.
W świetle przemian zachodzących w świecie, czyli umacnianiu się w liberalnych demokracjach przekonania o konieczności zapewnienia kobietom równych praw na każdej płaszczyźnie życia (choćby przez powoływanie specjalnych pełnomocników genderowych, dbających o to, by konkretne rozwiązania prawne służyły nie tylko mężczyznom, ale także kobietom) agresywna i roszczeniowa postawa kleru katolickiego jest nie do zaakceptowania, a po ludzku – już po prostu coraz bardziej nie do zniesienia.
