Obejrzałam właśnie jeden z ważniejszych programów publicystycznych, do którego zaproszono prof. Joannę Senyszn i Andrzeja Jaworskiego z PiS, szefa parlamentarnego zespołu do przeciwdziałania ateizacji Polski i zastanawiam się, dlaczego ludzie z dorobkiem, wiedzą i autorytetem jak pani Senyszyn, godzą się na udział w tak żenujących widowiskach. Prawda jest niestety taka, choć jest to pogląd niepoprawny politycznie, że aby debata miała sens ba- mogła w ogóle nazywać się debatą, musi zostać spełnionych kilka nieodzownych warunków. Uczyły tego wszystkie greckie szkoły filozoficzne, uczą tego i dziś na co lepszych światowych uniwersytetach.
REKLAMA
Po pierwsze poziom intelektualny rozmówców musi być zbliżony. Dyskusja Pitagorasa z posłanką Kempą naprawdę mija się z celem. Po drugie, przystępując do debaty, interlokutorzy musza zgodzić się (kiedyś było to umowne, w dzisiejszej Polsce koniecznością byłoby to spisać) na pewne ramowe warunki uczestnictwa w debacie, typu: kiedy jeden mówi, drugi słucha, mówi się na temat wcześniej określony i odpowiada na zadane pytania, nie używa argumentów ad personam, itp. Po trzecie, założeniem absolutnie niezbędnym jest pewna erudycja i ogłada, powodująca chociażby, że panie lub panowie dyskutują o punktach widzenia i interpretacjach, natomiast nie spierają się o fakty. Wreszcie partnerzy, czy też przeciwnicy w debacie muszą posiadać kompetencje, to jest wiedzę, umiejętności i doświadczenie w dziedzinie, o której zamierzają rozprawiać. Tylko taka dyskusja będzie ciekawa i tylko taka będzie wartościowa.
Oczywiście- i tu dochodzimy do sedna sprawy - przygotowanie takiej dyskusji, wymagałoby od dziennikarza prowadzącego program sporego wysiłku: gdyby zaprosił doń mądrych ludzi, sam musiałby być mądry, musiałby ciągle czytać, ciągle się dokształcać i kierować w swojej pracy nie tylko słupkami oglądalności, które ponoć (ja nie jestem o tym przekonana, do czego jeszcze wrócę) są najwyższe, gdy dwóch troglodytów nakładzie sobie publicznie (lub, opcjonalnie, jeden troglodyta nakładzie profesorowi lub profesorze). Krótko mówiąc: dziennikarz musiałby zacząć pracować, robić to, za co mu płacą.
W takiej formule, w jakiej większość – na szczęście nie wszystkie- programy publicystyczne funkcjonują dziś, dziennikarz jest podkładką pod mikrofon i właściwie nie ma nic do roboty. Wystarczy, że zapyta posła X: „Pan Y powiedział, że jest pan głupi. Pozwie go pan?” i zaczyna się jatka. I program robi się sam.
Oczywiście - i tu wracam do tematu słupków - tacy kiepscy prowadzący mają cudowną wymówkę dla swojego nieróbstwa, a jest nią właśnie oglądalność, rzekomo najwyższa, kiedy jedno lub dwoje ludzi bez pojęcia o czymkolwiek, opowiada w ich programie niestworzone dyrdymały.
Otóż każdy biznesmen wie, że istnieje coś takiego jak utracone potencjalne korzyści – to straty, których do końca nigdy nie udaje się precyzyjnie policzyć – utracone przez zaniechanie określonych działań.
Oczywiście - i tu wracam do tematu słupków - tacy kiepscy prowadzący mają cudowną wymówkę dla swojego nieróbstwa, a jest nią właśnie oglądalność, rzekomo najwyższa, kiedy jedno lub dwoje ludzi bez pojęcia o czymkolwiek, opowiada w ich programie niestworzone dyrdymały.
Otóż każdy biznesmen wie, że istnieje coś takiego jak utracone potencjalne korzyści – to straty, których do końca nigdy nie udaje się precyzyjnie policzyć – utracone przez zaniechanie określonych działań.
Czy ktoś kiedyś policzył ilu widzów przestało oglądać publicystykę i programy polityczne z powodu głupoty lejącej się z telewizora? Czy leniwi dziennikarze policzyli kiedykolwiek jakie będą koszty społeczne niskiej jakości ich pracy: jak rosnące przekonanie Polaków, że wszyscy politycy to złodzieje lub idioci, że nie warto się interesować krajem, w którym się żyje, że całe życie publiczne to jedno wielkie szambo? Czy policzyli jak takie postawy przełożą się z kolei na frekwencję w wyborach i jakość polityków wybieranych do sejmu (co z kolei przełozy się i przekłada nieustannie na jakość stanowionego prawa, a w konsekwencji naszego życia)?
Wiem z własnego doświadczenia, że widzowie i słuchacze lubią słuchać mądrych ludzi, ludzi kompetentnych, którzy wiedzą o czym mówią. Oglądalność wcale nie musi wtedy spadać, przeciwnie – może rosnąć. Po prostu trzeba w taki program włożyć realną pracę, wysiłek. Ale w końcu - za to chyba nam płacą, czyż nie?
