
Podczas lektury relacji z ogłoszenia wyroku w sprawie wypowiedzi Marka Rymkiewicza, w pierwszym odruchu mam chęć przyznać rację pozwanemu poecie. Prawo do głoszenia dowolnie absurdalnych opinii nie powinno być ograniczane tak prawicowym wizjonerom, jak i osobom żyjącym w bardziej przyziemnej rzeczywistości.
REKLAMA
Zobacz: Rymkiewicz ma przeprosić Agorę
Publikowanie poglądów na temat moich oponentów powinno być ograniczone wyłącznie istnieniem pewnych wyznawanych przez mnie reguł społecznych. Jeżeli wpojono mi w dzieciństwie szacunek do wieku i życiowego dorobku, zastanowię się kilka razy, nim wyrażę na łamach tego tekstu opinię o zdrowych zmysłach kogoś, z kim nie mam zaszczytu się zgadzać. Nie musi w tym celu nade mną wisieć bat paragrafu.
Mam oczywiście z Rymkiewiczem inny problem. Jest nim związek pomiędzy stosunkiem do krzyża (z którym związana była sporna wypowiedź), a wychowaniem „w nienawiści do Polski i Polaków”. Teza jest prosta, choć niekoniecznie nowa – wraz z mlekiem matki i opowieściami ojca i dziada – spływa na nas wszystkich pewien duchowy spadek, z którego wyzwolić się nijak. W przypadku Adama Michnika i jego redakcyjnych kolegów, spadkiem ma być nienawiść do pewnych wartości, z której to nienawiści wynikać mają takie a nie inne poglądy, publikowane w poczytnym tytule prasowym. Zupełnie się Rymkiewiczowi w głowie nie mieści, że przyczyny stosunku części społeczeństwa do religii i jej symboliki w sferze publicznej mogą być związane ze światopoglądem, do którego doszliśmy samodzielnie, bez udziału dwóch pokoleń przodków. Rymkiewicz odebrać chce mi prawo krytycznego podejścia do narodowo-katolickiego dziedzictwa, wrzucając mnie do worka z patetycznymi etykietami z gatunku „hańba” i „zdrada”. To też pewien rodzaj cenzury.
