Śmiałam się niedawno z idealistów, którzy myślą, że to jeszcze dziennikarze zbierają informacje o rządowych przekrętach - a przecież wiadomo, że to już są tylko wrzutki służb. Śmiano się ze mnie...
REKLAMA
Dlatego gdy przeczytałam w POLSKA TIMES tekst matki polskiej publicystyki - Janiny Paradowskiej - oniemiałam. Cytat z niej: "wśród licznych komentarzy po tak zwanej aferze nagraniowej najbardziej spodobała mi się opinia Ogórka z "Gazety Wyborczej", który celnie zauważył: "ze względu na to, że w Polsce nie został już ani jeden dziennikarz śledczy, politycy musieli zacząć demaskować się sami. Jeśli chcą być rozpracowywani przez media, muszą dostarczyć redakcjom wykrytą i gotową aferę, inaczej pies z kulawą nogą się do nich nie pofatyguje".
Paradowska pisze też, że wśród polskich liderów politycznych najważniejsza jest "swoista licytacja, kto miał jak długą kadrową miotłę". Czyli jak głęboko są oni w stanie posprzątać po swoich aferach. To znaczy - według Ogórka - że najlepsza byłaby partia rządząca, która potrafi złożyć trafną, rzeczową i wystarczająco głęboką samokrytykę, podsumowanie błędów. A media ją potem tylko ochoczo zacytują, bo przecież nie stać je na niezależną ocenę, napiętnowanie...
Ja nie wierzę w długą miotłę Tuska. Jeśli już, to zamiast pozamiatać problemy swoich działaczy - podgarnie je ochoczo pod dywan... Choć oczywiście chciałabym mieć premiera, który każdej kolejnej aferze w swoich szeregach po prostu zdecydowanie ukręci głowę. Albo rzeczywiście strzeli miotłą po głowie wszytkich winnych. Ku radości całej opozycyjnej i publicystycznej klasie politycznej...
Ale tylko chciałabym...
