Sześć lat temu mieliśmy serdecznie dość Platformy Obywatelskiej. Za ich ledwie ciepłą wodę w kranie, ośmiorniczki, stwierdzenie że za 6 tys. zł to pracuje złodziej albo idiota, za ich nigdy nie zrealizowane obietnice: zmniejszenia liczby posłów o połowę, likwidację Senatu, zniesienie immunitetu parlamentarnego i obiecane osobiście przez Tuska wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i podatków 3x15. Ale w 2015 roku PO dwukrotnie upadła nie przez to. W wyborach prezydenckich przegrał Komorowski, a w parlamentarnych wygrał PiS dlatego, że wcześniej oglądaliśmy dwie afery: Amber Gold i podsłuchową.

REKLAMA
logo
Internet

Mieliśmy dość PO jako naród. Część rozczarowanych wyborców po prostu na nią nie zagłosowało, a mobilizacja elektoratu dało PiS wyraźne zwycięstwo. Ale Kaczyński nie zostałby wtedy nadpremierem, gdyby nie kuriozalna, pełna pychy decyzja lewicy: start jako koalicja z progiem 8%, zamiast wpuszczenia koalicjantów na swoje listy, jak zrobił to PiS. Zmarnowano wtedy 7,55% głosów obywateli. Gdyby nie to, można by stworzyć koalicję PO-Nowoczesna-SLD-PSL mającą 44,37% głosów przy 37,58% dla PiS.
Część komentatorów uważała wtedy, że może i stało się dobrze? Może klasie politycznej potrzebna będzie taka traumatyczna powtórka rządów PiS z lat 2005-2007, żeby mogli otrzeźwieć, zrozumieć błędy, przeformować się, zmienić liderów, ulewicowić liberalne programy i zmniejszyć coraz większy margines tych, którzy nie byli beneficjentami przemian w Polsce. Niektórzy dodawali, że oczywiście potrzebna, ale jedna kadencja może na to nie wystarczyć.
Od tamtego czasu minęło 6 lat. Sześć zupełnie straconych lat! Bo dzisiejsza opozycja nie ma ani nowych, charyzmatycznych liderów, ani programów gospodarczych na postcovidowe czasy, ani jakichkolwiek porywających idei. Za to jej politycy okładają się łopatkami i depczą sobie babki z piasku, zapewniając przy tym, że jak PiS upadnie, to jednak może chyba jakoś tam będzie trochę lepiej, za to z pewnością nie będzie psucia państwa. Żenujące zapewnienia, prawda?
No i właśnie po tych zmarnowanych latach okazuje się, że stoimy w tym samym miejscu: do Polski jako zbawca wraca właśnie Donald Tusk, który w 2014 czmychnął do Brukseli, widząc spadające na łeb na szyję sondaże. A wraca teraz chyba tylko dlatego, że jesienią Niemcy wybiorą swojego kanclerza, który po raz pierwszy od 16 lat nie będzie się nazywał Merkel. Tusk jako jej protegowany mógłby wtedy i tak stracić stanowisko przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej, ale jako przegrany wracać już by nie mógł.
No więc niepokonany od 2007 roku Donald Tusk, uosabiający całe lenistwo i nieudolność, wszystkie błędy i patologie Platformy Obywatelskiej, wraca żeby pokonać PiS, odsunąć od władzy tych, co nam niszczą demokrację i dzielą społeczeństwo, tych których utożsamia hipokryzja, zapiekłość i nienawiść Kaczyńskiego, kłamstwa Morawieckiego, gęba Sasina i oczywiście ksiądz dyrektor, co powinien być najwyżej sołtysem. A my, zmęczeni codziennością i na nią tak oburzeni, rzeczywiście wypatrujemy Tuska z nadzieją, że nie tylko będzie znów haratał w gałę, pił wino i palił cygara…