Sześć lat temu mieliśmy serdecznie dość Platformy Obywatelskiej. Za ich ledwie ciepłą wodę w kranie, ośmiorniczki, stwierdzenie że za 6 tys. zł to pracuje złodziej albo idiota, za ich nigdy nie zrealizowane obietnice: zmniejszenia liczby posłów o połowę, likwidację Senatu, zniesienie immunitetu parlamentarnego i obiecane osobiście przez Tuska wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i podatków 3x15. Ale w 2015 roku PO dwukrotnie upadła nie przez to. W wyborach prezydenckich przegrał Komorowski, a w parlamentarnych wygrał PiS dlatego, że wcześniej oglądaliśmy dwie afery: Amber Gold i podsłuchową.
Mieliśmy dość PO jako naród. Część rozczarowanych wyborców po prostu na nią nie zagłosowało, a mobilizacja elektoratu dało PiS wyraźne zwycięstwo. Ale Kaczyński nie zostałby wtedy nadpremierem, gdyby nie kuriozalna, pełna pychy decyzja lewicy: start jako koalicja z progiem 8%, zamiast wpuszczenia koalicjantów na swoje listy, jak zrobił to PiS. Zmarnowano wtedy 7,55% głosów obywateli. Gdyby nie to, można by stworzyć koalicję PO-Nowoczesna-SLD-PSL mającą 44,37% głosów przy 37,58% dla PiS.
