Jak wiadomo moda jest zjawiskiem bardzo zmiennym, sezonowym i ulotnym. Obowiązujące trendy niezwykle szybko stają się passé i niechlubnie odchodzą do lamusa. Z jednym wyjątkiem jakim jest vintage.

REKLAMA
Ubrania vintage to po prostu ubrania z minionych epok (oczywiście mówimy o modzie XX wiecznej, a nie o kolekcjonerskich egzemplarzach krynolin), które zyskały drugie życie. Nie zalegają już w babcinej piwnicy, lub na strychu, lecz są noszone nowocześnie i z dumą. Niby wszystko proste i oczywiste, jest jednak pewne „ale”...
Okazuje się bowiem, że termin „vintage” stał się modowym wytrychem i obecnie każde ubranie z minionego sezonu może być określone tym mianem. Na polskich internetowych sklepach vintage raczej nie można niestety spotkać oryginalnych sukienek z lat 60-tych, o jakichś starszych cackach nie wspominając. Możemy natomiast kupić ubrania sprzed zaledwie kilku lat, które czasami (ale niekoniecznie) są nieco w stylu retro. Słowa vintage (nad)używa się do opisu każdego elementu garderoby i nawet sukienka z C&A okazuje się vintage. Projektanci i wielkie marki też idą tym tropem i określają swoje minione kolekcje mianem vintage, co automatycznie przydaje im szlachetności i patyny a kojarzy się dużo lepiej niż outlet.
Zabiegi marketinowe interesują mnie średnio, ciekawi mnie za to, czy w Polsce prawdziwa moda vintage może w ogóle zaistnieć. Z racji naszej historii nie mieliśmy wielkich domów mody, których ubrania sprzed lat mogłyby teraz być przedmiotem pożądania i kultu. Ubrania, które przywożono z zagranicy lub szyto na zamówienie pewnie wielokrotnie przerabiano i „zanaszano” na smierć. Wystarczy się zastanowić ile takich starych, ale świetnych ubrań odziedziczyłyśmy po babciach lub mamach? Raczej niewiele.
Dlatego niestety vintage w wydaniu miejscowym w ogóle mnie nie przekonuje i w tym zakresie nie mogę zostać lokalną patriotką. Od szafiarek obnoszących się trofeami za dychę z second hande’u, których jedyną wartością jest cena wolę słynną Karlę Deras (Tekst linka), która z ubrań vintage uczyniła swój znak rozpoznawczy i umie je nosić szalenie nowocześnie. Na niej te wszystkie bacine wzory, czy fasony nabierają zupełnie współczesnego charakteru i wyglądają po prostu świetnie. Patrzę na nią w drukowanej sukience Lanvin z lat 70-tych i myślę: „chapeux bas”, czyli inaczej mówiąc: „szacun”.
logo

logo

logo

logo

I współczuję blogerce Marchewkowa (Tekst linka), która to bidulka, nie mogąc znaleźć autentycznych ubrań vintage (jak przypuszczam) a będąc miłośniczką mody retro, szyje sobie sama. I pewnie zazdrości Sydney, autorce bloga Golden Girl of the West (Tekst linka), która wyciąga z szafy oryginalną sukienkę lub futro z lat 60-tych i wygląda tak:
logo

logo

logo

logo

PS. Przepraszam za ewentualne literówki (mój komputer oszalał) i bardzo dziekuję Jagnie Jaworowskiej, za jej wkład w ten tekst.