Jeden z byłych premierów słynął z powiedzenia, że „mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna ale jak kończy “. Co prawda w jego wypadku wydawać się mogło, że skończył słabo, ale ku zaskoczeniu gawiedzi, powrócił by ...dokończyć ( aktualnie w trakcie ).

REKLAMA
Zresztą ów premier, gdy wygłaszał swoje mądrości, był z Łodzią w miłym romansie a nawet zapowiadał że „ nadchodzi czas dla Łodzi ". Co prawda obiecany czas nie nadszedł, premier, jak już wiemy, nie doszedł ...do końca, ale wszystko jakoś trwa więc jest szansa..
Trzymając się zatem owej zasady mam nadzieje, że można ją przenieść na grunt tego bloga. (blog rodz. męski więc może się zgra). Stąd początek mało pozytywny ale…
Do rzeczy.
Dzisiaj o „ludziach z jamy ".
XXI w. Europa. Centrum Polski. Centrum Łodzi (ponad 700 tys mieszkańców). Centralna ulica miasta –Piotrkowska. I kamienica w jej centralnym punkcie. A w kamienicy, w centralnym niemal położeniu ...jama. Ludzka jama .
Dla jasności definicja słownikowa jamy: 1. kryjówka (w ziemi), nora, legowisko; 2. dół, wgłębienie gruntu; 3. wypełniona płynem przestrzeń między ścianą ciała a narządami wewnętrznymi u zwierząt i człowieka
I wszystko się zgadza. W owej, pięknej odrestaurowanej kamienicy, na parterze , w jednym z mieszkań (określenie “mieszkanie “ odnosi się w tym przypadku do czasu bardzo przeszłego), łódzcy autochtoni “wykopali” sobie jamę. Zapewne zupełnie niechcący, i na pewno zupełnie nieświadomie. Ale bardzo skutecznie. Na tyle, że przez ponad 10 lat mojej pracy w telewizji, jeszcze czegoś takiego nie widziałam. A widziałam całkiem sporo.
Do ludzi z jamy trafiłam zupełnie przypadkowo. Przygotowując materiał do tv o mieszkańcach Łodzi, którzy zalegają z opłatami za czynsz. Owa piękna kamienica miała być wzorcową. Jej lokatorzy na wieść o osiedlach kontenerowych i przesiedlaniu dłużników, mieli się zmobilizować i spłacić w krótkim czasie, zadłużenie wobec administracji, a tym samym wobec miasta . Jednym słowem piękna historia z happy endem. Dopóki nie zapukałam do pierwszych, centralnych drzwi w owej kamienicy.
Z kryjówki za drzwiami niepewnie wyjrzało ludzkie zombi rodzaju żeńskiego. Rodzaj, na pierwszy rzut oka wcale nie był taki prosty do stwierdzenia. Kobieta zombi, ze sporą niedowagą, mocno zniekształconą mimiką i w kurtce miejscami czystej, próbowała wyartykułować w moi kierunku niejasny komunikat. Z doświadczenia zawodowego wiem, że przygotowując materiały z udziałem autochtonów z łódzkiego śródmieścia trzeba się również liczyć z bełkotem a la bełt albo denaturat. Postanowiłam zatem pomóc i przejęłam inicjatywę. Wytłumaczyłam o czym przygotowuje materiał, że to wzorcowa kamienica i czy Pani również udało się wszystko spłacić. Żeńskie zombi otworzyło szerzej drzwi w geście zapraszającym do środka i……I wtedy moim oczom ukazał się widok niewiarygodny. Jama. Taka zupełnie klasyczna i wzorcowa. Przejrzystość powietrza tu nie istniała. Za sprawą gęstego dymu i pozaklejanych gazetami okien, widoczność ograniczona było może do dwóch, może trzech metrów. Dalej ciemność..
W międzyczasie, w otchłani jamy zamajaczył drugi żeński “ledwo żywy trup”. Podciągając spodnie i trzymając w ręku gazetę zamiast papieru toaletowego, z lekkim wyrzutem zapytała “a co sr.. nie można ?”. To chyba miała być odpowiedź na moje kiepsko skrywane zdumienie. No bo niby czemu się tu dziwić, przecież normalne że w XXI w, w trzecim co do wielkości mieście Polski, załatwiamy swoje potrzeby fizjologiczne na podłogę za drzwiami. A i określenie zastanego gruntu pod nogami "podłogą", to też chyba spore nadużycie. Nieważne. Jak jama to jama.
Później okazało się być już tylko gorzej. Jamę ogrzewał, nawet nie koksownik, ale tlący się w metalowym wiadrze “śmietnik” wyprodukowany przez mieszkańców. Na “śmietnik” składało się trochę węgla, trochę gazet, wypalone papierosy, trochę papieru toaletowego- jednym słowem wszystko to co zużywają mieszkańcy nory. Ów grzejnik dał odpowiedź na ograniczoną widoczność.
Norę przecinał sznurek przeciągnięty nieco ponad głowami zombi a na sznurku wisiały ręczniki. Nie wiem czy kiedykolwiek ktokolwiek je prał ale na pewno wyglądały na mocno zużyte. Co najgorsze jednak, zombi nie wyglądały jakby to one ich używały. Finał wizyty w jamie nastąpił na wysokości jamowego “salonu”. Pozbawiona mebli przestrzeń, w tym miejscu “umeblowana “ była imponująco. Na pierwszy plan wysuwał się stół. Zawalony był pustymi butelkami po alkoholach. Przeróżnych. Butelki były mniej lub bardziej zakurzone. W rożnych kolorach. Różnej wielkości. Miały jeden jednak wspólny mianownik: pustka. Wszystkie były dokładnie osuszone.
Za butelkami, na tle zabitego dyktą okna, na poplamionej kanapie, zalegały ciała trzech samców z gatunku zombi. Nieprzytomne osobniki, rozrzucone w niedbały sposób, z charakterystycznym poalkoholowym grymasem na twarzy sprawiały wrażenie najstarszych mebli w jamie. Nigdy nie ruszanych.
No właśnie, i w tym miejscu pojawiło się pytanie, które nurtuje mnie od czasu wizyty u mieszkańców jamy. Dlaczego nikt ich nie rusza? Dlaczego patologicznie zalkoholizowani ludzie, bezrobotni od prawie zawsze, którzy nie rozróżniają dnia od nocy, toalety od podłogi, a nory od mieszkania zamieszkują centrum Łodzi ??????
Jak to możliwe, że najbardziej atrakcyjne lokalizacje miejskie, genialne architektonicznie kamienice, niszczone są przez tysiące „jamochłonów“ ?
37 tysięcy łodzian nie płaci czynszu za użytkowanie lokali gminnych. Straty dla miasta z tego tytułu to 200 milionów złotych plus śmierdzący moczem wizerunek.
Dlaczego władze Łodzi pozwalają by w centrum miasta mieszkali ludzie, którzy bezzwrotnie debetują budżet ?
Dlaczego centrum Łodzi nie jest miejscem modnym gdzie mieszkać by chcieli ludzie zamożni, generujący zysk,i a tym samym rozwijający miasto ?
Dlaczego jest tak, że gdy znajoma dziennikarka rozważa kupno mieszkania w śródmieściu, wszyscy pukają się w głowę i zanoszą śmiechem, bo kto normalny chce mieszkać pośród patologii ?
Dlaczego gdy opowiadam historię o ludziach z jamy jednemu z zarządców śródmiejskich nieruchomości zamiast zdziwienia słyszę "lepszą" historię, o innych jamochłonach, którzy najpierw palili w mieszkaniu własnym parkietem a gdy już zabrakło klepek , rozebrali ceramiczny piec, a kafle wymienili na denaturat?
Na chwilę pojawiła się w mieście Łodzi wizja kontenerowych osiedli socjalnych. Zgodnie z koncepcją mieli tam być przeniesieni patologiczni dłużnicy z centrum. Opuszczone przez nich kamienice miały być wyremontowane i zamieszkać w nich mieli prawi obywatele. Co prawda, gdy wieść gruchnęła, kilkudziesięciu dłużników spłaciło zaległości, ale na tym koniec. Dziś już wiadomo, że wizja była bardziej straszakiem niż konkretnym pomysłem na rozwiązanie problemu. A jednocześnie pojawiło się natychmiast inne pytanie – gdzie socjalne osiedla wybudować ? Bo przecież nikt nie chce mieć takiego sąsiedztwa.
Władze więc pomysł odpuściły…
Szkoda. Bo jedną z niewielu szans dla Łodzi jest postawienie na nogi jej centrum. Lecz z jamochłonami nie ma najmniejszych szans. I jeśli władze nie stworzą im osiedli socjalnych to za chwile oni sami stworzą …slumsy. Tyle tylko, że w samym centrum Łodzi.
Ewa Żarska "Żarufq"
Ps. Ludzie z jamy nie wiedzieli czy spłacili zadłużenie. Świadomość w jamie nie istniała.
Ps.1 obiecuję też pozytywne obrazki Łodzi .Mam ich w głowie bardzo dużo :-)