Zasadniczo pytanie zawarte w tytule powinno brzmieć: „czemu ktoś jeszcze pyta, czy rock już umarł?”. Jeśli ktoś nie wyczuł tego przez skórę i jeszcze wychyla się z tym prowokacyjnym pytaniem, to wygląda jak ci japońscy żołnierze na wyspach Pacyfiku, którzy nie zorientowali się, że wojna się skończyła. Ostatnie lata świetności rock przeżywał z Nirvaną, no i może jeszcze z britpopem – od tego czasu już sobie spokojnie dogorywa.

REKLAMA
Pewnie by dawno skonał, gdyby nie zagorzali fani, którzy wciąż wyciągają trupa z trumny i obnoszą go po mieście. I nie sposób odmówić im pewnej racji: Muse dostaje liczne nagrody za najlepsze płyty rocku – zgadza się, U2 ściąga miliony na koncerty – racja, Kazik co roku rusza z Pomarańczową trasą – a i owszem. Ale co z tego? Kiedy internet już stał się medium przyszłości miliony ludzi wciąż oglądają telewizję – czy to oznacza, że telewizja żyje i ma się dobrze? Raczej już leży w grobie i podsypuje się tylko piachem.
To czy rock żyje, czy nie, to nie jest kwestia popularności – to kwestia zachowania umiejętności do rodzenia dzieł wybitnych i jednostek szczególnie uzdolnionych. Rock to nie zwarty monolit – rock to Jim Morrison, Paul McCartney, Kurt Cobain i inni. Takich osobistości w mainstremowym rocku teraz nie ma – są gdzie indziej. W elektronice, która tak się rozdrobniła, że już niepodobna spamiętać wszystkich gatunków, w popie, który czerpie bez skrępowania ze wszystkiego, w hip-hopie, który staje się głosem coraz większej ilości młodych muzyków.
Nie zrozumcie mnie źle – nie deprecjonuję rocka. Swoje zasługi ma, nawet ogromne, ale w czystej postaci nigdzie na horyzoncie go nie widać. Rozjechał się na różne strony i przeżywa spontaniczne (ale małe) wybuchy płodności – raz mrocznym Black Metalem, innym razem wszelkimi odmianami muzyki folkowej, a w Trójmieście zawsze popularnym rockiem alternatywnym (tudzież eksperymentalnym, tudzież post-).
Są muzycy, którzy gdzieś tam wyrośli z grania rocka, może uczyli się gry na gitarze na „Smoke on the water”. Jeśli byli wystarczająco otwarci (a co to za artysta, który jest zamknięty na nowe inspiracje?), to już się tą piosenką znudzili. A jeśli nie? No cóż, są w tym kraju jeszcze ludzie, którzy myślą, że PRL też się nie skończyła. Ja im tego nie zabraniam.
Tadeusz Fułek

Long Live Rock and Roll!

Ojciec chrzestny polskiego rocka, Franciszek Walicki (w lipcu skończył 92 lata) właśnie opublikował swoją najnowszą książkę pt. „Epitafium na śmierć rock and rolla”. To znacznie rozszerzona i uzupełniona edycja wcześniejszej publikacji pt „Szukaj, burz, buduj”. I jeśli ten pierwotny tytuł dobrze oddaje charakter początków muzyki rockowej, tak ten nowy symbolizować ma oczywiście definitywny koniec pewnej epoki. Ale czy na pewno nadszedł już czas na takie epitafium?
Kiedy rock & roll się narodził, znawcy tematu uważali nową muzyczne zjawisko bardziej za taniec, na który moda szybko mnie, niż za jakiś osobny gatunek muzyczny. Rock szybko dorósł do swojej przełomowej – moim zdaniem – roli i stał się muzyką kilku pokoleń drugiej połowy XX wieku. Kilkukrotnie ogłaszano już zresztą koniec rockowej epoki, ale doniesienia o tej śmierci były za każdym razem „mocno przesadzone”.
Jeśli ktoś ogłosiłby nagle koniec jazzu, też nie uwierzyłbym w te doniesienia. Jazz się wciąż zmienia, ewoluuje, ma wielu twarzy, wiele odcieni, wykorzystując różne doświadczenia i wpływy. Może chwilowo nie mieć nawet jasno świecących gwiazd na muzycznym firmamencie, ale wciąż trwa. Póki są słuchacze, póki koncerty przyciągają wielopokoleniową widownię, póki muzyka jazzowa potrafi inspirować i zachwycać – nikt o zdrowych zmysłach nie uda się na jej pogrzeb. Podobnie jest z rockiem. Ma swoich klasyków, którzy zmienili na zawsze muzyczny krajobraz, ma epigonów, ma eksperymentatorów i czeka na nowe odkrycie. Może to będzie połączenie doświadczeń rocka z hip-hopem, rapem lub czymś zupełnie niespodziewanym? Może to będzie powrót do korzeni i prostego rytmu, a może pojawi się nowe wcielenie Cobaina, który nada świeżości starym riffom? W każdym razie 70-letni, pomarszczony Mick Jagger na rockowej scenie nie jest symbolem upadku rock & rolla, ale raczej jego żywotności i zdolności przetrwania w najbardziej ekstremalnych warunkach. Nie wierzę w śmierć rocka. Są w tym kraju jeszcze ludzie, którzy może już nie mają nadziei, że muzyka rockowa zmieni ten świat, ale są za to pewni, że bez niej byłby on znacznie uboższy. Nie zabraniajmy im tego!
Wojciech Fułek