Skończyłem te swoje 25 lat. To oznacza, że lata 2000 – 2005 przeznaczyłem, świadomie bądź nie, na nastoletniość. Pierwsza styczność z komputerem – chyba koniec lat 90-tych. Internet – pewnie początek nowego tysiąclecia. Dorastanie z myszką ręku i przeglądarką wiecznie włączoną. Dzisiaj to pierwsze narzędzie, odruchowy klucz francuski do wszystkiego. Żadnych problemów z poruszaniem się w wirtualnej przestrzeni, a nawet spora biegłość.
REKLAMA
Facebooka jednak nie założyłem. No dobrze – mijam się z prawdą. Założyłem parę miesięcy temu, bo po przeprowadzce do innego miasta było jasne, że ze znajomymi nie porozumiem się i to bynajmniej nie z ich winy, tylko z mojej. Facebooka więc założyć musiałem.
Ale nie korzystam. Nie postuję namiętnie wszystkiego, nigdy prawie nie klikam na rączkę z kciukiem, bo wydaje mi się to absurdalne, rzadko kiedy wypowiadam się na czyjejś ścianie, bo wiem, że słuchają wszyscy. Nic w informacjach o sobie, zdjęć – żadnych. No dobra, tu też kłamię – jednak jakieś zdjęcie wlepiłem, choć nie swoje, ale kiepskiego przecież bym nie dał – i już widać, że mi zależy. Dodałem 10 znajomych i myślę, czy dodawać dalej, czy nie dodawać – czyli się przejmuję.
Nie ma się co okłamywać – korzystam z Facebooka. Wzbudza to jednak moją lekką frustrację. Nie dlatego, że wszyscy powtarzają jak mantrę: „nie ma cię na Facebooku to nie istniejesz” - nie mam ochoty istnieć dla ludzi, którzy Facebookowe konto uważają za nieodłączny element istnienia w społeczeństwie. Będę istnieć i tak. Moją frustrację wywołuje jednak co innego. Poprzez późniejsze przyłączenie ominął mnie okres zachłyśnięcia się i teraz korzystam z Facebooka, ale nie jestem w niego wciągnięty. Moi znajomi są, a to nieuchronnie powoduje nasze rozmijanie się. Nie świadome, nie zamierzone, ale kanały komunikacji już nie te. I to robi różnicę, na jakim czacie można mnie dorwać. Bo jeśli nie założyłbym tego konta na Facebooku to nie wymieniłbym tych paru słów ze znajomymi dziennie poprzez czata. A oni by inaczej nie napisali. Smsy byłyby rzadsze, kontakt by się rwał, itd.
Bo człowiek jest leniwy, a technologia jeszcze mu taboret pod nogi podstawia kolejny. Więc założyć konto musiałem – w imię lenistwa. Ale nie polubiłem. Jeszcze.
Tadeusz Fułek
Fejs-Bóg
Konto na Facebooku założyłem kilka kat temu już po 50-tce, trochę przymuszony do tego jako osoba publiczna. Sam się jednak sobie dziwiłem, jak szybko mnie to wciągnęło i jak wielu czasu zabierało – zwłaszcza na początku tej wirtualnej przygody. Czy polubiłem swoją nieustanną obecność w sieci oraz podglądactwo czy wścibskość bliższych i dalszych znajomych?
Konto na Facebooku założyłem kilka kat temu już po 50-tce, trochę przymuszony do tego jako osoba publiczna. Sam się jednak sobie dziwiłem, jak szybko mnie to wciągnęło i jak wielu czasu zabierało – zwłaszcza na początku tej wirtualnej przygody. Czy polubiłem swoją nieustanną obecność w sieci oraz podglądactwo czy wścibskość bliższych i dalszych znajomych?
FB jest niewątpliwie niesamowitym narzędziem współczesnej komunikacji międzyludzkiej i za sam pomysł Mark Zuckerberg zasłużył na Nobla. Z trzech moich synów najmłodszy Kacper reprezentuje niewątpliwie pokolenie, które z FB uczyniło niezbędny składnik życia codziennego. Ale najstarszy nie używa go w ogóle, a średni – jak właśnie się przyznał – właśnie poległ jednak w tej nierównej walce. Jego zmagania trochę przypominają mi moje rozterki i niechęć wobec telefonu komórkowego, jaki z początkiem lat 90-tych zaczął podbój światowych rynków telekomunikacyjnych. W końcu ja też wtedy poległem i zostałem w komórkę (jeszcze rozmiarów cegły) wyposażony przez swoją firmę. A dziś trudno sobie chyba już wyobrazić świat bez telefonii komórkowej.
Czy FB tak samo zdominuje międzyludzkie relacje? On już przecież je zrewolucjonizował, ale i uprościł, czasami doprowadzając niemal do absurdu. Nie znam przecież osobiście większości swoich facebookowych „znajomych” z tych blisko 3 tysięcy! Są wśród nich osoby mi bliskie, ale są też całkowicie obce, przyjąłem bowiem zasadę – właśnie z uwagi na publiczne funkcje – że z reguły nie odmawiam chętnym przyjęcia ich do grona swoich wirtualnych znajomych. Wiąże się to oczywiście z pewnymi niedogodnościami i konsekwencji w rodzaju czatowania z uczniami podstawówki czy konieczności odpowiedzi na zupełnie banalne pytania. Ale uważam, ze to i tak niskie koszty poznawania świata i ludzi może nawet powierzchownie, ale z zupełnie innej strony.
Fejs-Bóg z pewnością terroryzuje swoich wyznawców, wtłacza ich w pewne schematy i płytkie relacje, ale daje im też pewną, może nie zawsze w pełni uświadomioną wolność. I właśnie za to warto go na pewno „polajkować”. Jak z tej nieuświadomionej wolności korzystamy, to już zupełnie inna historia.
Wojciech Fułek
