„Świat według Kiepskich” w okresie swojej świetności (choć nie wiem, czy takową kiedykolwiek przechodził) cieszył się sporą popularnością wśród rodaków. Wieszano na nim psy za prostacki humor, ale w powszechnym języku zachowało się po nim parę zwrotów. Dzisiaj już Polacy kiepscy nie są i bezrobotny, łysiejący, brzuchaty piwosz nie jest już tak popularny jak kiedyś. Dorabiająca się część rodaków woli patrzeć na ładnych modeli z TVNu, bo i w TVNie znajdziemy wszystko – jak jeść, jak ubierać się, jak się zachowywać.
REKLAMA
No i tutaj, bez zbędnego rozwlekania, dochodzimy do sedna – czy seriale wpływają na postrzeganie świata, czy raczej odzwierciedlają rzeczywistość? Jak to zwykle bywa – zależy. Jeśli wziąć pod uwagę rzeczony TVN, to otrzymamy nieprzerwane pasmo product placementu z aktorami w tle, przerywane reklamami. Nasze postrzeganie zmieni się o tyle, że będziemy pamiętać, że siedzi się najlepiej na sofie X, a do zupy wsypuje się przyprawę Y. Jeśli wziąć pod uwagę telewizję publiczną, to dostaniemy nudnych aktorów na pierwszym tle, za to żadnego innego tła tam nie znajdziemy. Nasz światopogląd może się zmienić jedynie na nudniejszy. Zdarzają się co prawda wyjątki – jak np. „Pitbull”, ale raczej nie pokazują one doświadczeń, do których może odwołać się duża część widowni. Gdzie więc te dobre seriale, które poruszać będą realne problemy, które mogą się przytrafić każdemu Janowi Kowalskiemu w codziennych z Polską zmaganiach?
Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc. Sam, przyznaje się bez bicia, oglądam namiętnie seriale amerykańskie, tudzież, od czasu do czasu, angielskie. Jedynie tam zdarza się obejrzeć coś nowego, zabawnego, czy porywającego.
Rezultat? Bardzo dobrze wiem, jak być dobrym Amerykaninem, wiem co to Super Bowl, wiem jak się żyje w Los Angeles, a jak w Nowym Jorku, pomoc domowa kojarzy mi się bardziej z Meksykanką niż Ukrainką, a czasami, nie wiedzieć czemu, zamiast „absolutnie” powiem „totalnie”. Nie wiem za to, co słychać u sąsiadów, a ludzie, którzy głosują na partię, na którą akurat ja nie głosuję, urastają do rangi kosmitów. A szkoda, bo z wielką chęcią obejrzałbym serial o ich problemach. Nie po to, żeby cieszyć się, że mają problemy, ale po to, aby móc zobaczyć, czy są choć trochę do mnie podobni. Na dzień dzisiejszy nie są.
Tadeusz Fułek
Nowy, lepszy świat?
Zgoda: świat serialowy jest zupełnie inny, niż rzeczywisty. Ale może właśnie dlatego rodacy tak pokochali seriale, że mogą na nich zobaczyć swoje ulepszone, ładniejsze odbicie albo obraz na tyle wykrzywiony w telewizyjnym zwierciadle (jak w przypadku rodziny Ferdka Kiepskiego), ze nie rozpoznają w nim samych siebie?
Wbrew pozorom, od serialowych bohaterów też możemy się wiele nauczyć, jeśli tylko potrafimy je odróżnić od siebie (bo często dekoracje i scenografia wygląda w nich niemal dokładnie tak samo), a seriale tasiemcowe od tych z jakimiś ambicjami. „Ranczo”, „Rodzina zastępcza”, „Ojciec Mateusz” czy nawet przywoływany tu „Świat według Kiepskich” przynoszą bowiem – jestem o tym przekonany - pewną społeczną diagnozę i przekazują stan świadomości naszych sąsiadów. Ten obraz jest może przejaskrawiony czy czasami wręcz przeładowany sprzecznymi informacjami, ale jednak warto się z nim zapoznać, wyciągając matematyczną i socjologiczną średnią z różnych postaci i ich zachowań. Może dlatego seriale odwołujące się do polskich realiów (nawet jeśli jest to międzynarodowy serialowy format, jak w przypadku „Ojca Mateusza” czy ewidentnego naśladownictwa „Świata wg Bundych” przez swojskich Kiepskich) wydają mi się znacznie ciekawsze, niż ciągnące się w nieskończoność „Mody na sukces” albo wenezuelskie czy brazylijskie tasiemce?
Poza tym – może jednak nie jesteśmy jednak najbardziej odpowiednimi osobami (my – to znaczy „dwójka bez sternika”) do opisywania świata telewizyjnych seriali – bo oglądamy je dość rzadko i trochę przypadkowo? Ja zresztą wcale w nich nie szukam dokładnego odbicia zewnętrznego świata, ale właśnie odpoczynku od niego i pewnej dawki rozrywki.
Kogo jednak dziś stać na oglądanie większej ilości seriali i tak naprawdę – po co?
Wojciech Fułek
