„Historia magistra vitae est”. To łacińskie przysłowie towarzyszyło mi przez całe życie. Moja żona Małgosia uczy historii sopockich gimnazjalistów, ja historię również studiowałem i często swoją wiedzę wykorzystuję w opisywaniu słowem i piórem m.in. dziejów mojego miasta. Ale jednocześnie doskonale wszyscy przecież wiemy, że „historia lubi się powtarzać” i „kołem się toczy”.
REKLAMA
Niektórzy dodają, że wtedy powraca jako pastisz i auto-karykatura. Jeszcze inni mówią o „złośliwym chichocie historii”. Jeśli to wszystko logicznie połączyć, oznacza to przecież, że historia nikogo i niczego jeszcze tak naprawdę nie nauczyła. Ludzie wciąż popełniają podobne błędy, nie ucząc się życia nie tylko na cudzych, ale nawet na swoich własnych; kolejne pokolenia (chociaż wychowują się przecież w zupełnie odmiennych warunkach i okolicznościach) nie wyciągają żadnych wniosków z doświadczeń przeszłości. Co nas tak pcha w otchłań przyszłości, że – niebaczni na nauki nauczycielki życia – nieustannie zapominamy o przeszłości? Czy rzeczywiście „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”?
Zawsze z pewną ironią patrzyłem na lekcje historii w amerykańskich szkołach, bowiem ich obraz przywoływany w licznych filmach bywa może nawet nieco wykrzywiony, ale zawiera z pewnością sporo prawdy. Młodzi Amerykanie w swoich szkołach uczą się bowiem prawie wyłącznie historii swojego kraju. I numeracji wszystkich kolejnych amerykańskich prezydentów. Można się z tego śmiać, ale skutek takich nauk jest wyraźny. Duma z przynależności do amerykańskiej rodziny z jej krótką przecież (zwłaszcza w porównaniu z europejską czy np. chińską) historią, łopoczący gwiezdny sztandar, poczucie własnej odrębności kulturowej (z baseballem, futbolem amerykańskim, karierą od pucybuta do milionera czy fabryką marzeń rodem z Hollywood) – to wszystko efekt m.in. tych szkolnych lekcji patriotyzmu, przerabianych w nieskończoność i na każdym kroku. Nie wiem czy to dobrze, bo mnie zalew amerykańskiej pop-kultury trochę przeraża i drażni, ale wiem, że w naszych szkołach historia traktowana jest, niestety, bardziej po macoszemu, jako przedmiot mniej istotny. A i dorośli Polacy też uczą się przecież na własnej historii znacznie mniej, niż gdyby mogli - nie wyciągając praktycznie żadnych wniosków i powtarzając wciąż te same błędy z przeszłości.
Wiem, że powtarzam truizmy i jestem naiwny, ale gdybyśmy tylko potrafili tę historyczną, czasami gorzką pigułkę wiedzy odpowiednio spożytkować, żyłoby się nam z pewnością nieco lżej, z większym poczuciem patriotycznej, narodowej dumy i większym przekonaniem o własnej wartości. Czy da się to jednak zrobić, redukując szkolne lekcje historii do niezbędnego minimum?
Wojciech Fułek
Wojciech Fułek
Historia nikogo nie uczy
„Historia nie uczy nas co robić, może najwyżej doradzić, czego nie należy robić” - prawda że zgrabne przysłowie? Kłamałbym jednak twierdząc, że kieruję się nim w życiu, po prostu zapadło mi w pamięć i ilekroć przychodzi mi do głowy w stosownej sytuacji, nie jestem w stanie odmówić mu prawdy. Dziś nie jestem nawet do końca przekonany, gdzie przeczytałem to zdanie (chyba u Marca Blocha), czy przeczytałem je w takiej dokładnie formie (raczej nie, choć sens zachowałem), czy po prostu mi się nie przywidziało. Prawdziwe, czy nie, urzeka mnie bardzo duża swoboda i względność zawarta w tym haśle. Nic nie narzuca, nic nikomu nie każe, stwierdza jedynie pewną nienachalną prawidłowość. Resztę pozostawia nam.
Może nie rozgłaszam tego wszem i wobec, ale odnoszę wrażenie, że czas łacińskich przysłów skończył się gdzieś w połowie XX wieku. Dotarło do wszystkich, że człowiek nie jest tak szlachetny i nobliwy, jakim sobie sam się wydawał i jakim rysowali go etycy, politycy i pisarze. A potem nikt nie wiedział co z tym fantem zrobić. Teraz zostały nam tysiące lat historii, z którymi niezbyt wiadomo co robić. Jedni mówią, żeby pamiętać, jak było, bo to NASZA historia, inni mówią, żeby budować nowe, bo to dopiero będzie NASZA historia. A jedyne, czego nas nauczyła historia, to tego, że nikt z nich nie ma racji, bo to od nas zależy, którą wersję wybierzemy. Z doświadczenia dodam, że zazwyczaj ta trzecia (gdzieś pomiędzy) wersja jest najbardziej sensowna.
W kontekście tego przysłowia, zdarza się, że oglądanie wiadomości napawa mnie lękiem. Dobrze, że ich zbyt często nie oglądam, ale i tak napawają mnie lękiem. Okazuje się bowiem, że raczej nikt z gadatliwych tam ludzi Blocha nie czytał i błędy popełnione kiedyś w historii, dzisiaj powracają, nawet niespecjalnie zmienione. Nikt się na historii życia nie uczy, wszyscy się jej tylko uczą na pamięć. No to jeśli tak, to lepiej się fizyki na pamięć uczyć – ta przynajmniej może przydać się w przyszłości w realnym świecie.
Historia ma to do siebie, że raczej nic nie mówi, tylko znacząco milczy. Wszyscy zapaleńcy, którzy by chcieli zrobić z niej nobliwą panią w sukni pokrytej wiekami, muszą się zaspokoić dość niekształtnym truchłem. Bo historia taka jest, jaką ją się pisze. Historia sama z siebie nic nie mówi – historią się mówi, historią się wojuje, historię się wiesza na sztandarach. I to niestety jest jedyna prawda, jaką widzę w Polskiej polityce historycznej. Jestem przekonany, że dorastająca dziś młodzież może i nie będzie pamiętać później kto kogo i kiedy pokonał na jakim polu, ale będzie za to świetnie wiedziała, jak nagiąć prawdę, dla niepoznaki zwaną „historyczną”, dla własnych korzyści.
Pytanie tylko, czy ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał wtedy o radach Blocha.
Tadeusz Fułek
Tadeusz Fułek
