Ledwie usłyszał pukanie. Przez lekko uchylone drzwi, nie zaglądając do środka, mama poprosiła cichym głosem: - Wychodzimy za chwilę. Jeszcze tylko forum onetu i joemonster.org. Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili, kiedy jej już dawno nie było: - Zaraz.
REKLAMA
Przejrzał szybko nowe filmiki na joemonster i pomyślał tylko: „łe, stare, dawno widziałem”. Na onecie jego uwagę przykuł tytuł artykułu „Sroga zima zbiera żniwo”. Wszedł, pobieżnie przejrzał i skomentował „Jakby zadzacy sobie kieszeni nie napychali, to by starczylo na ciepłe miejsce dla tych ludzi”. Spojrzał przelotnie na otwartego Facebooka. Nic. Jeszcze jeden artykuł. „Tragedia przed wigilią”. Rzucił tylko okiem. Coś w Piotrkowie, jakieś małe dzieci. Szybko wpisał komentarz: „no tak, niektrzy to wogle nie potrafia swiat uszanowac”.
- Już jesteśmy ubrani, chodź, idziemy – usłyszał rodziców przez drzwi.
- Zaraz!
- Zaraz!
Przełączył się na otwartą stronę Facebooka i skrzywił się widząc, że nic się nie zmieniło przez ostatnie dwie minuty. Pomachał bezmyślnie myszką po ekranie i przeklikał przez znajomych. Jak zwykle zatrzymał się przy Ani. Chodzili razem do klasy, ale najbliżej jakiegokolwiek kontaktu z nią był, kiedy krążył kursorem pośród jej zdjęć.
- Idziemy!
Rzucił niecierpliwie pod nosem „Już” i wyłączył monitor. Nienawistnym wzrokiem omiótł matkę, która pociła się w ciepłym płaszczu i znudzoną siostrę, która dmuchała na lustro i palcem mazała na nim kółka. Zignorował rzucone przez ojca „Ile można na Ciebie czekać!?”, założył szybko buty i kurtkę.
Rzucił niecierpliwie pod nosem „Już” i wyłączył monitor. Nienawistnym wzrokiem omiótł matkę, która pociła się w ciepłym płaszczu i znudzoną siostrę, która dmuchała na lustro i palcem mazała na nim kółka. Zignorował rzucone przez ojca „Ile można na Ciebie czekać!?”, założył szybko buty i kurtkę.
Przeszli przez osiedle co chwila dygając głowami mijającym ich ludziom i powtarzając „dobry,dobry”, „wesołych, wesołych”. Kiedy szli przez park rodzice wysforowali się do przodu pochłonięci rozmową o kredycie. Kopał śnieg pod nogami myśląc, co zbuduje w swojej osadzie, która w tym samym czasie rozrastała się w internecie, i o tym, jak Ania śmiała się na szkolnej wigilii z żartu, który rzucił Krzysiek. Fala złości zalała go, zanim zdążył się zorientować, co się dzieje. Śnieżka trafiła go lekko w prawe ramię wytrącając z zamyślenia.
- Co robisz, idiotko!? – rzucił zły na siostrę.
- Ej, jak Ty mówisz do siostry? – obok od razu pojawił się ojciec.
- Ale to ona mnie rzuciła! - odpowiedział oburzony.
- Chciała się tylko pobawić. Nie wolno Ci takimi słowami zwracać się do siostry. Pobawiłbyś się z nią, zamiast chodzić taki naburmuszony.
- Ta – cicho odpowiedział pod nosem.
- Ej, jak Ty mówisz do siostry? – obok od razu pojawił się ojciec.
- Ale to ona mnie rzuciła! - odpowiedział oburzony.
- Chciała się tylko pobawić. Nie wolno Ci takimi słowami zwracać się do siostry. Pobawiłbyś się z nią, zamiast chodzić taki naburmuszony.
- Ta – cicho odpowiedział pod nosem.
Przez resztę drogi szedł ze spuszczoną głową powłócząc nogami. Denerwowała go biegająca wokół siostra, ale trzymała się w bezpiecznej odległości od niego, więc nie mógł jej nijak strofować. Usłyszał cichy dźwięk smsa, więc wyciągnął telefon. Przystanął żeby odczytać. Popatrzył na pierwszą linijkę i rozpoznał taki sam szablon, jaki rozesłał paru innym osobom. „ekstra” - szepnął gorzko do siebie. Podniósł głowę, żeby zobaczyć, gdzie poszli rodzice, ale przed nim na ziemi siedziała tylko starsza kobieta z papierowym kubkiem w dłoni. Telepała się – na poły przez mróz, na poły ze starości. Cienki płaszcz też mógł być nie bez znaczenia. Odruchowo schował telefon do kieszeni, ale nie ruszył się z miejsca. Zrobiło mu się głupio, że schował go tak ostentacyjnie. Trzymając cały czas ręce w kieszeniach wyczuł drobne, które zwykle wydawał na paluszki w szkole. Zostało mu parę złotych więcej, bo wygrał zakład w szkole. Staruszka patrzyła na niego przez chwilę – niespecjalnie mu się to podobało. Opuściła wzrok.
Przypomniał sobie, że stoi w miejscu i poczuł się głupio, ale nie ruszał się z miejsca. Palcami namacał jedną monetę i przerzucił ją w kieszeni. Chwycił wszystkie i wsypał szybko do papierowego kubka. Parę spadło na ziemię. Chłopak biegł już w ślad za rodzicami.
Przypomniał sobie, że stoi w miejscu i poczuł się głupio, ale nie ruszał się z miejsca. Palcami namacał jedną monetę i przerzucił ją w kieszeni. Chwycił wszystkie i wsypał szybko do papierowego kubka. Parę spadło na ziemię. Chłopak biegł już w ślad za rodzicami.
Tadeusz Fułek
Świąteczna bajka
Miasteczko było śliczne, przyciągając malarzy, wędrownych grajków i minstreli swoją tajemniczą, magnetyczną urodą. Latem tłumnie oblegali oni główną ulicę, prowadzącą wprost z drewnianego, zwodzonego mostu, przerzuconego nad fosą przez główną bramę aż po dziedziniec drewnianej warowni, w której rezydował książę.
Mieszkańcy byli dla gości uprzejmi i mili, ale cenili sobie swoją prywatność i domowe zacisze. Goście pomieszkiwali albo w zajeździe poza murami, albo na podzamczu, gdzie pobudowano małe domki dla pielgrzymów. Bo miasteczko było też bowiem miejscem świętym dla kilku religii. Buddyści spotykali się tu co roku, kiedy w grudniu pojawiał się lama, przynosząc w podarku dla mieszkańców i swoich uczniów modlitewne młynki, których dźwięk rozbrzmiewał na uliczkach. Świadkowie Jehowy, wieszcząc koniec świata, pukali wtedy od drzwi do drzwi i nikt ich nie przeganiał. Pobożni Żydzi też mieli tu swój mały dom modlitwy, w którym oczekiwali na przyjście Żyda Wiecznego Tułacza i Mesjasza, który zbawić miał cały świat. Mali chłopcy w jarmułkach rozdawały wtedy na tej uliczce świąteczne, pachnące jeszcze piecem chlebowym słodkie chałki. Ewangelicy modlili się przy codziennej pracy, a ich pastor rezydował w małym kościółku u podnóża otoczonego fosą zamku. W miasteczku mieszkali też muzułmanie, którzy codziennie w południe rozkładali swoje kolorowe chodniki i modlili się, bijąc pokłony w stronę Mekki. Ich muezzin codziennie wyśpiewywał swoje niezrozumiałe frazy z … dzwonnicy kościoła katolickiego, którą udostępnił mu do tego celu miejscowy proboszcz.
Miasteczko było śliczne, przyciągając malarzy, wędrownych grajków i minstreli swoją tajemniczą, magnetyczną urodą. Latem tłumnie oblegali oni główną ulicę, prowadzącą wprost z drewnianego, zwodzonego mostu, przerzuconego nad fosą przez główną bramę aż po dziedziniec drewnianej warowni, w której rezydował książę.
Mieszkańcy byli dla gości uprzejmi i mili, ale cenili sobie swoją prywatność i domowe zacisze. Goście pomieszkiwali albo w zajeździe poza murami, albo na podzamczu, gdzie pobudowano małe domki dla pielgrzymów. Bo miasteczko było też bowiem miejscem świętym dla kilku religii. Buddyści spotykali się tu co roku, kiedy w grudniu pojawiał się lama, przynosząc w podarku dla mieszkańców i swoich uczniów modlitewne młynki, których dźwięk rozbrzmiewał na uliczkach. Świadkowie Jehowy, wieszcząc koniec świata, pukali wtedy od drzwi do drzwi i nikt ich nie przeganiał. Pobożni Żydzi też mieli tu swój mały dom modlitwy, w którym oczekiwali na przyjście Żyda Wiecznego Tułacza i Mesjasza, który zbawić miał cały świat. Mali chłopcy w jarmułkach rozdawały wtedy na tej uliczce świąteczne, pachnące jeszcze piecem chlebowym słodkie chałki. Ewangelicy modlili się przy codziennej pracy, a ich pastor rezydował w małym kościółku u podnóża otoczonego fosą zamku. W miasteczku mieszkali też muzułmanie, którzy codziennie w południe rozkładali swoje kolorowe chodniki i modlili się, bijąc pokłony w stronę Mekki. Ich muezzin codziennie wyśpiewywał swoje niezrozumiałe frazy z … dzwonnicy kościoła katolickiego, którą udostępnił mu do tego celu miejscowy proboszcz.
Na uliczkach miasteczka mieszały się ze sobą w grudniu różne religijne pieśni, różne języki, różne rytuały i modlitwy. Z okien wydostawały się zapachy smakowitych potraw.
Nikomu nie przeszkadzało też to, że w noc wigilijną wszyscy mieszkańcy – niezależnie od religii, jaką wyznawali, języka, jakim się posługiwali i narodowości, do jakiej się przyznawali – spotykali się ze sobą na głównym placu w centrum grodu. Spotykali się, przynosząc prezenty i świąteczne smakołyki, ofiarowując je sąsiadom i nieznajomym. Śpiewali razem pieśni - i dziwnym sposobem - wszyscy rozumieli ich treść, mimo, że każda zwrotka była w innym języku. O północy każdy z kapłanów wygłaszał – w swojej liturgii i w swoim języku – błogosławieństwo i wszyscy uśmiechnięci, szczęśliwi rozchodzili się do domów.
Tylko w drewnianym zamku, w komnacie księcia, zawsze paliła się świeca. Nie mógł on tej nocy w ogóle spać, gdyż wszelką zgodę i porozumienie traktował jako złą wróżbę. Uważał bowiem , iż tylko walka z wszystkimi, prawdziwymi i wymyślonymi wrogami, przynosi mu ukojenie. Dlatego tak ciężko znosił świąteczne grudniowe pojednanie i wspólną modlitwę. Ale w tę bezsenną noc już obmyślał, jak w kolejnych dniach skutecznie skłócić muzułmanów z Żydami, chrześcijan z buddystami i wszystkimi innymi. Dlatego nigdy nie wychodził z zamku na to nocne pojednanie, wiedząc, iż następnego dnia różnymi fortelami, plotkami i prowokacjami i tak skłóci wszystkich na kolejne miesiące oraz zmusi, żeby siebie znów nawzajem znienawidzili.
To smutna świąteczna bajka, bo siła, buta i arogancja księcia co roku okazywały się wciąż silniejsze od woli pojednania tak różniących się od siebie mieszkańców grodu. Ale płynie też z niej pozytywne przesłanie: jeśli chociaż ten jeden raz do roku zdarzało się ciągle poddanym złego księcia przełamać mur niechęci i uprzedzeń, jeśli umieli się porozumieć i wspólnie zaśpiewać radosną, świąteczną pieśń, to zawsze jest jakaś nadzieja i ziarenko wiary, że w końcu wszyscy wyzwolą się z narzucanej im wrogości i nie dadzą się już więcej skłócić. Co wtedy się stanie z księciem? A kogo to będzie wtedy obchodzić?
Wojciech Fułek
