- Wigilia naiwniutka? - spytał się przekręcając ogromną owalną buzię i świecąc czarnymi oczami. - Pewnie. A żebyś wiedział – odpowiedziała dziewczynka mlaszcząc rozciągliwymi cukierkami – wigilia jest naiwniutka, nic nie ma w niej ciekawego. Mama narzeka, ojciec narzeka, że mama narzeka, babcia wzdycha, że nikt jej nie pomaga, bo wszyscy tylko narzekają.
REKLAMA
Zakręciła asymetryczny warkocz wokół palców i poczuła, że włosy jej się lepią.
- Fe! Włosy sobie skleiłam!
- Cukierków dużo – zabuczał stwór przez ogromne białawe zęby i chwycił się za brzuch słoniowymi, pulchnymi rękoma. Tylko czterema, bo dwoma pozostałymi drapał się cały czas po głowie.
- A co ty tam wiesz. Cukierki są zdrowotne, bardzo zdrowotne – wskazujący palec wystrzeliła wysoko w górę i z wyższością w głosie powtórzyła – Z-D-R-O-W-O-T-N-E, to naukowo potwierdzone. Przez amerykańskich naukowców potwierdzone.
Wskoczyła na kamienny płotek i balansując starannie z przymkniętym jednym okiem szła po nim jak po linie.
- Chodź, nie stój tak.
Obrócił się powoli w jej stronę. Przekręcił szeroki, paskowany brzuch i leniwie podnosząc nogi skierował się w jej stronę.
- Idzie – zapewnił ją tubalnym głosem.
- Bardzo dobrze – nawet nie odwróciła głowy patrząc pod nogi i balansując snuła dalej swój wywód:
- Więc ci amerykańscy naukowcy siedzą w tych laboratoriach amerykańskich i mają wszystkie cukierki świata i je zjadają. Widziałam to sama. Na śniadanie batoniki, na drugie trufle, na obiad ciastka z oranżadą, a na deser draże, a na kolacje... co oni tam jedzą na kolacje? Sama nie pamiętam, tyle tego jedzą. Jedzą i patrzą, czy im cholestelor nie skacze, jak to mówi moja babcia. Sama widziałam, że im nic nie skacze. I wiesz jeszcze co? Nie było tam żadnych świąt i żadnej wigilii. Powtórzę, żebyś zapamiętał.
Zatrzymała się, żeby popatrzeć, czy idzie obok.
- Słuchasz?
Zabuczał w odpowiedzi ospale przetaczając się z nogi na nogę. Na dziesięć jej kroków wystarczyło, że zrobił jeden, więc nie spieszył się.
- To słuchaj. Powtarzam: w amerykańskich laboratoriach nie ma żadnych świąt i żadnej wigilii. To oznacza, że jest ona BEZ-U-ŻY-TE-CZNA. Skoro amerykańscy naukowcy nie zajmują się świętami, to znaczy, że są mało istotne i nie trzeba się nimi przejmować, a tym bardziej siedzieć w domu i wieszać bombek – prychnęła gniewnie, po czym dodała - Nie lubię wieszać bombek.
Ze złością kopnęła stertę śniegu i sporo śniegu wsypało jej się do buta. Potwór zatrzymał się i patrząc, jak otrzepuje ze śniegu skarpetki spytał:
- Naukowcy w domu świąt nie?
- A tego nie wiem. Pewnie jak są ofermami, to ich mama zmusza i muszą w domu siedzieć i wieszać bombki. Ci w okularach wyglądają dość na ofermy, więc pewnie w domu muszą się zajmować świętami. O! Chodź tam! Tam jest super sklep z cukierkami. Mi się już skończyły.
Dziewczynka zeskoczyła z murka i pobiegła przez pustą ulicę. Za nią biały po pas potwór podskakiwał wzbudzając tumany śniegu. Dobiegli pośród pustej ulicy do sklepu, ale tam nie paliło się żadne światło.
- Kurcze, też zamknięte. Piszą, że zamknięte bo wigilia. Znowu ta wigilia – dziewczynka stała gniewnie wydmuchując powietrze nosem. Jednocześnie przestępowała z nogi na nogę w przemoczonych butach.
- Zimno? – spytał cicho stwór.
- Mhm. Zimno.
- Dom?
Dziewczynka fuknęła i się skrzywiła.
- Wigilia? - stwór wskazał na widoczną w oknie po drugiej stronie ulicy choinkę podświetloną licznymi lampkami, wokół której krzątał się tłum ludzi. Dziewczynka popatrzyła ciekawie.
- No dobrze, niech już będzie. Chodź do domu, tam będą chociaż cukierki. Mówiłam, że wigilia się na coś przyda.
- Fe! Włosy sobie skleiłam!
- Cukierków dużo – zabuczał stwór przez ogromne białawe zęby i chwycił się za brzuch słoniowymi, pulchnymi rękoma. Tylko czterema, bo dwoma pozostałymi drapał się cały czas po głowie.
- A co ty tam wiesz. Cukierki są zdrowotne, bardzo zdrowotne – wskazujący palec wystrzeliła wysoko w górę i z wyższością w głosie powtórzyła – Z-D-R-O-W-O-T-N-E, to naukowo potwierdzone. Przez amerykańskich naukowców potwierdzone.
Wskoczyła na kamienny płotek i balansując starannie z przymkniętym jednym okiem szła po nim jak po linie.
- Chodź, nie stój tak.
Obrócił się powoli w jej stronę. Przekręcił szeroki, paskowany brzuch i leniwie podnosząc nogi skierował się w jej stronę.
- Idzie – zapewnił ją tubalnym głosem.
- Bardzo dobrze – nawet nie odwróciła głowy patrząc pod nogi i balansując snuła dalej swój wywód:
- Więc ci amerykańscy naukowcy siedzą w tych laboratoriach amerykańskich i mają wszystkie cukierki świata i je zjadają. Widziałam to sama. Na śniadanie batoniki, na drugie trufle, na obiad ciastka z oranżadą, a na deser draże, a na kolacje... co oni tam jedzą na kolacje? Sama nie pamiętam, tyle tego jedzą. Jedzą i patrzą, czy im cholestelor nie skacze, jak to mówi moja babcia. Sama widziałam, że im nic nie skacze. I wiesz jeszcze co? Nie było tam żadnych świąt i żadnej wigilii. Powtórzę, żebyś zapamiętał.
Zatrzymała się, żeby popatrzeć, czy idzie obok.
- Słuchasz?
Zabuczał w odpowiedzi ospale przetaczając się z nogi na nogę. Na dziesięć jej kroków wystarczyło, że zrobił jeden, więc nie spieszył się.
- To słuchaj. Powtarzam: w amerykańskich laboratoriach nie ma żadnych świąt i żadnej wigilii. To oznacza, że jest ona BEZ-U-ŻY-TE-CZNA. Skoro amerykańscy naukowcy nie zajmują się świętami, to znaczy, że są mało istotne i nie trzeba się nimi przejmować, a tym bardziej siedzieć w domu i wieszać bombek – prychnęła gniewnie, po czym dodała - Nie lubię wieszać bombek.
Ze złością kopnęła stertę śniegu i sporo śniegu wsypało jej się do buta. Potwór zatrzymał się i patrząc, jak otrzepuje ze śniegu skarpetki spytał:
- Naukowcy w domu świąt nie?
- A tego nie wiem. Pewnie jak są ofermami, to ich mama zmusza i muszą w domu siedzieć i wieszać bombki. Ci w okularach wyglądają dość na ofermy, więc pewnie w domu muszą się zajmować świętami. O! Chodź tam! Tam jest super sklep z cukierkami. Mi się już skończyły.
Dziewczynka zeskoczyła z murka i pobiegła przez pustą ulicę. Za nią biały po pas potwór podskakiwał wzbudzając tumany śniegu. Dobiegli pośród pustej ulicy do sklepu, ale tam nie paliło się żadne światło.
- Kurcze, też zamknięte. Piszą, że zamknięte bo wigilia. Znowu ta wigilia – dziewczynka stała gniewnie wydmuchując powietrze nosem. Jednocześnie przestępowała z nogi na nogę w przemoczonych butach.
- Zimno? – spytał cicho stwór.
- Mhm. Zimno.
- Dom?
Dziewczynka fuknęła i się skrzywiła.
- Wigilia? - stwór wskazał na widoczną w oknie po drugiej stronie ulicy choinkę podświetloną licznymi lampkami, wokół której krzątał się tłum ludzi. Dziewczynka popatrzyła ciekawie.
- No dobrze, niech już będzie. Chodź do domu, tam będą chociaż cukierki. Mówiłam, że wigilia się na coś przyda.
Tadeusz Fułek
Naiwne święta
Bajki zazwyczaj przekazują/kreują obraz uproszczony, naiwny, odmalowujący świat w czarno-białych kolorach. Nawet wtedy, jeśli bajkowy obraz wyposażony jest tradycyjnie w zieloną choinkę, czerwony strój Mikołaja, srebrny gwiezdny pył, białe płatki śniegu i pełną gamę innych kolorów. Ja myślę bowiem o siłach zła i dobra, którym tradycyjnie przypisano czerń i biel. Nie zawsze zresztą siły dobra wygrywają tę odwieczną wojnę pod flagą biało-czarną.
Świąteczna bajka, historia, baśń też z reguły wspiera się pewnymi, niemal mitycznymi schematami, również myślowymi czy klasycznymi podziałami ludzkich charakterów i osobowości. Serce nakazuje, aby przynajmniej w okresie świątecznym dobro zawsze zwyciężało zło, aby „dziewczynka z zapałkami” znalazła ciepłe miejsce przy kominku, aby symboliczny Czarny Książę, słynący z codziennej brutalności, braku skrupułów i kwiecistego języka, gęsto inkrustowanego wulgaryzmami, odnalazł w sobie w wigilijny dzień skruchę za wszystkie swoje złe uczynki i odrobinę pokory, dzieląc się ze swoimi poddanymi nie tylko opłatkiem, ale i prawdziwą przemianą duchową.
Serce tak by chciało, ale przecież naprawdę świąteczne życzenia są coraz bardziej tylko nieistotnym frazesem, od którego nie przybywa ani dobroci, ani białego koloru. Magia opłatka trochę została sprowadzona do rytuału, które nikt już nie traktuje poważnie, puste miejsce przy stole też staje się – nomen omen – pustym gestem, bowiem rzadko kto przygarnąłby pod swój dach strudzonego wigilijnego wędrowca, jeśli taki zapukałby 24 grudnia do naszych drzwi. Pozostaje wciąż jednak naiwna nadzieja, że te rytuały wypełni jakieś sacrum, które zdominuje profanum. Jakieś przeżycie mistyczne, magiczne, sakralne, religijne… Przeżycie, którego znaczenia nie mierzy się ilością prezentów pod choinką i potraw na wigilijnym stole. Przeżycie duchowe, które wynika z autentycznej potrzeby przemiany. Z potrzeby wiary, ze jednak istnieje gdzieś, nierealnie, ale i nie wirtualnie, ale w nieokreślonej przestrzeni – świat bardziej sprawiedliwy, w którym siły zła są zawsze w odwrocie, w którym Dziewczynka nie będzie potrzebować już zapałek do rozgrzania zziębniętych dłoni i pozostanie zawsze uśmiechnięta, i w którym Czarny Książę nie znajdzie dla siebie miejsca.
Dobry Boże, jakie naiwne to przesłanie, jaki nierealny świat, jakie dziecinne marzenia… Nie przystoi dorosłym ludziom? Nie warto wierzyć w baśnie? Ale może właśnie dlatego kropelka wiary w ten inny, lepszy świat pozwala nam nie zwariować w tym zupełnie realnym, bardziej czarno-białym, niż nam się na ogół wydaje?
Może warto jednak być czasami naiwnym i czytać bajki? Może trzeba w sobie zachować przynajmniej odrobinę tej dziecięcej naiwności, żeby być lepszym dorosłym?
Wojciech Fułek
