To, że Polska Zachodu jest warta, wiemy już od wieków. Nasi królowie jeździli do Wiednia, podpatrywali co tam fajnego i w Warszawie budowali. Potem Zachód u nas robili obcy, choć nie do końca za naszą zgodą. Teraz znowu młodzież jeździ do Berlina i Londynu i tam podgląda co się nosi, jak się stołuje, jak imprezuje, czego się słucha, a z Kopenhagi się ściąga speców od projektowania ścieżek rowerowych. No i fajnie, tylko że jeszcze jak Polska długa i szeroka stoją restauracje „Złota Grota”, gdzie podaje się rozgotowane pierogi, wsie porastają lokalne „Vivy”, tudzież „Jokery”, w których przygrywa swojskie dicho, a krzyż na drogę temu, kto zechce do pracy dojechać ścieżką rowerową.
Polska Zachodu warta
REKLAMA
Na temat zaistniałej sytuacji odbyłem ostatnio burzliwą dyskusję. Koleżanka broniła poglądu, że skoro za miedzą mamy najlepsze na świecie przykłady tego, jak ulepszać miasta, jak zarządzać lokalną społecznością itp., itd., to wystarczy wziąć całe to doświadczenie i w końcu będzie w Polsce prawdziwy Zachód. Teraz mamy tylko Dziki Zachód, bo Polacy w swojej bucie nie zgodzą się, żeby kto inny im się wtrącał. Moje zdanie było zgoła przeciwne. Należy, i owszem, wziąć cały know-how z Zachodu, ale przeszczepić na Polski grunt się tego tak od razu nie da, bo pewnych skomplikowanych instrumentów po prostu nie można ot tak wziąć i przenieść na obcy grunt. Dyskusja skończyła się bez rozstrzygnięcia, ponieważ każdej ze stron zabrakło przekonywujących argumentów. Coś jednak jest na rzeczy. Od RFN oddziela nas 467 km granicy. Za tą granicą mamy ogromny kraj, gdzie ludzie co prawda nie są tak urodziwi jak nad Wisłą, ale żyją rozsądnie, mają proste drogi, równe trawniki, 4 różne rodzaje segregowanych śmieci i jedną z najsilniejszych gospodarek świata. Nie strzegą uparcie swoich pomysłów, wypracowanych przez siebie rozwiązań na usprawnienie życia raczej nie patentują, bo nie ma jak. Dlaczego więc nie może tak być i u nas? Nie może, bo pewne mechanizmy same się muszą wykształcić – trzeba prób, błędów i znowu prób. Nastolatki zawsze robią durne rzeczy, niezależnie od szerokości geograficznej i czasu – nie z powodu braku wzorców, ale raczej dlatego, że trzeba na własnej skórze doświadczyć, że pewne rzeczy są po prostu głupie i raczej nie należy ich rozwijać ani kontynuować. Czy tak samo jest z zarządzaniem miastami, kulturą, gospodarką, sportem i całym tym kramem, który z taką lubością nazywamy „polskim bałaganem” (mówiąc bardzo delikatnie)?
Ja nie wiem, ja przy tym nie majstrowałem. Wstrzymuję się od głosu. Może tata coś więcej na ten temat wie.
Tadeusz Fułek
Pomiędzy Wschodem a Zachodem
Synu, coś tam próbowałem przy tym majstrować i ciągle podejmuję kolejne próby walki z wszechogarniającą i zalewającą na filozofią polskiego „tumiwisizmu”, ale zgadzam się z Tobą, że na zmianę mentalności potrzeba wielu prób, błędów, a przede wszystkim czasu. Często też sami umniejszamy oczywiste sukcesy, bardziej eksponując niepowodzenia czy potknięcia. Lubimy się bowiem samobiczować i krytykować własne osiągnięcia. Polscy politycy (wszystkich opcji) osiągnęli w tym zadaniu nie tylko pewną biegłość, ale wręcz doskonałość. Podjęli też (na szczęście nie do końca skuteczną) próbę zawłaszczenia obywatelskich z założenia samorządowych struktur wszystkich szczebli, co na pewno raczej nas skutecznie dzieli, niż łączy. Ale przecież dwadzieścia kilka lat samorządności i demokracji to naprawdę niewiele. Nadrobić wieloletnie zaległości – gospodarcze, ekonomiczne, polityczne, obywatelskie i edukacyjne – to nie jest przecież zadanie na jedno pokolenie. Nasza odwieczna fascynacja Zachodem (nie związana przecież wyłącznie z tęsknotą za kapitalistycznym „rajem”) ma oczywiście swoje głębokie historyczne, polityczne, geograficzne i gospodarcze korzenie. Ale chyba nie do końca zdajemy sobie jednak sprawę, że to przepoczwarzanie się z brzydkiego wschodniego kaczątka w zachodniego łabędzia (czy też raczej bezmyślne naśladownictwo pewnych narzuconych wzorów) przy wszystkich zaletach pewnego awansu cywilizacyjnego ma też i swoje złe strony: powolne zatracanie tożsamości, globalna unifikacja i standaryzacja, konsumpcjonizm, macdonaldyzacja zachowań, kultury, sztuki, mediów, informacji itp. W tym aspiracyjnym pędzie do zachodnich standardów możemy utracić też bezpowrotnie to, co nas wyróżnia. Jeśli staniemy się produktem „zachodniopodobnym”, to co nas odróżni od innych? Oryginał zawsze będzie lepszy od podróbki, a „wyrób czekoladopodobny” przegra z pełnowartościową czekoladą.
„My to, panie, na niedobrej strategii leżem. ciągle się wojny po nas przetaczają. Ani to Wschód, ani Zachód” – usłyszałem kiedyś od zaprzyjaźnionego rolnika z kaszubskiej wsi. W tej sytuacji pozostaje mi tylko przypomnieć starą anegdotę, jak to – w czasach słusznie minionych - pewien przedstawiciel „zgniłego Zachodu”, mieszkaniec Paryża, wybierał się do Moskwy, a obywatel radziecki – do stolicy Francji. Zbiegiem okoliczności spotkali się w Warszawie. I obydwaj byli przekonani, że dotarli na miejsce przeznaczenia…
Pielęgnujmy zatem własną odrębność, od innych biorąc to, co mają najlepsze i ucząc się na cudzych, a nie własnych błędach. Może to pomoże nam odnaleźć zagubioną gdzieś równowagę między Wschodem a Zachodem?
Wojciech Fułek
