Przekonanie, że wszystko da się uregulować nakazami i zakazami, przeniesione z zupełnie innego systemu, nie jest chyba najszczęśliwszym doradcą. Prawo, nawet (a może zwłaszcza) na tym najniższym, lokalnym szczeblu powinno być bowiem przede wszystkim klarowne i możliwe do egzekwowania przez odpowiednie służby.

REKLAMA
Piszę te refleksje w reakcji na wprowadzony niedawno w moim rodzinnym mieście zakaz jazdy na sopockich ścieżkach rowerowych z prędkością większą niż 10 km/godz. Rozumiem, że temu – w moim głębokim przekonaniu – kuriozalnemu pomysłowi towarzyszyły jakieś racjonalne względy: zapewnienie bezpieczeństwa spacerującym, chęć lepszego uregulowania komunikacji rowerowej i uniknięcie kolizji z ruchem pieszym itp. Te wszystkie uzasadnione przyczyny przełożyły się jednak na ideę, która lokalne prawo doprowadza do absurdu i staje się bytem bardziej medialnym niż realnym. Ale może o to właśnie chodziło, skoro czytam wypowiedzi urzędników, że chodziło im o wywołanie publicznej dyskusji i to się udało. Publiczna debata w tego typu sprawach na pewno jest potrzebna, ale chyba raczej przed wprowadzeniem jakichkolwiek regulacji, a nie po. Inaczej takie decyzje nie tylko ośmieszają samych pomysłodawców, ale również – a może nawet przede wszystkim - samorządowe prawo.
Bo jak zweryfikować rzeczywistą prędkość roweru, skoro ani jadący ani ewentualny stróż ułomnego prawa nie będą z reguły posiadać żadnych instrumentów do kontroli? Nakażemy rowerzystom montowanie prędkościomierzy i ustawimy fotoradary na ścieżkach? Jestem przekonany, iż szacunku do prawa uczy przede wszystkim jego skuteczna egzekucja. Jeśli legislatorzy wprowadzają – całkowicie świadomie - prawo obarczone grzechem pierworodnym zaniechania egzekucji, to doprowadzamy je przecież do absurdu i nic dziwnego, że mało kto się z nim identyfikuje, a ci, którzy chcieliby sami przestrzegać tych nierealnych przepisów, narażają się – całkowicie zasłużenie - raczej na kpiny innych użytkowników rowerowych ścieżek.
Nieopodal miejsca, gdzie ustawiono stosowne znaki z ograniczeniem prędkości do 10 km/h, znajduje się sopockie molo. Tam znajduję kolejny przykład lokalnego kolorytu prawnego. Codziennie latem przejeżdża bowiem przez naziemną część terenu mola co najmniej kilkadziesiąt osób, łamiących wprowadzony już kilka lat temu zakaz poruszania się w tym miejscu pojazdami rowerowymi. Nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek je zatrzymywał i egzekwował te przepisy, usankcjonowane dodatkowo odpowiednimi znakami drogowymi. Czy tworzenie prawa, które jest nagminnie łamane i nikt go nie jest w stanie wyegzekwować na pewno było intencją pomysłodawców? Śmiem wątpić, albo, jak mawia mój przyjaciel: „sądzę, że wątpię”…
Wojciech Fułek
Wędkę, nie rybę. Wędkę.
Nie jestem najlepszym autorytetem do wypowiadania się na taki temat. W zasadzie nie jestem żadnym autorytetem, ale jak to mówi redaktor Warzecha z Faktu: „Mam prawo powiedzieć, co myślę o procesie”, mniejsza z domniemaniem niewinności.
Dziwi mnie, że ja, gównarzeria wszak, od góry do dołu lat niewiele, muszę przypominać stare jak świat przysłowie. Nawet z litości nie przytoczę go w całości, tylko napomnę, że chodziło o wędkę i o rybę. Coś, o czym władze nadmorskiego, rybackiego niegdyś, miasta, raczej powinny co nieco wiedzieć. Nieważne jaka era, które dziesięciolecie, jaki ustrój, kto przy władzy – to, że wędka jest lepsza niż ryba, sprawdza się zawsze. Tak samo i w tym przypadku. Narzucenie ograniczenia prędkości – oczywisty dar dla tych, którzy narzekają. Nie w tym jednak rzecz, żeby przekonywać, przekonanych, ale żeby podrzucić wędkę – niech Ci, którzy nigdy nie pomyśleli o tym, że pędząc bezmyślnie na rowerze można doprowadzić do tragedii, choć raz się zastanowią. Niech sobie sami złowią za pomocą tej przysłowiowej wędki ten przysłowiowy wniosek (wiem,wiem - tu już metafora robi się trochę naciągana).
Sięgnijmy jednak po jeszcze inne porównanie. W Sopocie buduje się w reprezentacyjnym miejscu nowy budynek. Bryła brzydka jak noc, ale pokryta szkłem. Budujący zachwyca się w folderach reklamowych: „szklana fasada odbija zabytkową architekturę znajdujących się naprzeciw kamienic”. Niegłupie – pomyślałem na początku. Zdanie jednak zmieniłem po rozmowie z panią architekt, która się żachnęła na moją ignorancję. Taki zabieg to najtańszy chwyt w repertuarze architekta – wytłumaczyła. Jak ktoś nie ma pomysłu na bryłę, to stawia szklaną ścianę i mówi, że odbija piękną architekturę z naprzeciwka. Głupie – pomyślałem teraz.
Tak samo jest i z tym nieszczęsnym prawem (i wieloma innymi w Polsce). Rzucę coś takiego, może przejdzie. Jak będzie szum – powiem, że szum miał być i dyskusja publiczna. Nikt jednak przekonany nie został. Celem wprowadzenia prawa miało być zmniejszenie liczby wypadków? Czy jakiś samotnie stojący znak, przy którym nie będzie stał policjant, podoła temu zadaniu? Czy wolniej będą jeździć ci, którzy przedtem pędzili?
Pewnie, że łatwiej wprowadzić prawo, niż zrobić warsztaty na temat bezpiecznej jazdy, czy wymyślić coś, co da ludziom do myślenia. No, ale chyba w rządzeniu nie chodzi o to, żeby było łatwiej. Nie chodzi o to, żeby postawić szklaną ścianę, która odbija to, co zrobili poprzednicy, bo zawsze istnieje ryzyko, że „piękną architekturę z naprzeciwka” ktoś w końcu kiedyś zburzy. A wtedy ludzie zaczną się przyglądać szklanej ścianie i spytają „po co to tu stoi?”.
Tadeusz Fułek