Na drugiej płycie Led Zeppelin znajduje się utwór o znamiennym tytule „What is and what should never be”. Przychodzi mi on do głowy ilekroć słyszę gdzieś kolejny odcinek debaty pt. „Fotoradary”. Rząd chce jedno, kierowcy drugie, a Tomasz Lis woła, żebyśmy się jednoczyli przeciw fotoradarom. A ja sobie tylko myślę, że już dziwnie jest, a scenariusze, które czytam to jeszcze dziwniejsze. Więc „Jak jest, a jak być nigdy nie powinno”?

REKLAMA
Żeby nie było wątpliwości – prawa jazdy nie posiadam. Prędkość nadmierną, mandatowanie, błyskający fotoradar i inne atrakcje widziałem tylko i wyłącznie z perspektywy tylnego siedzenia. Egzamin na prawo jazdy darowałem sobie po trzeciej próbie. Była prawie udana, ale tylko prawie. Tak więc dyskusję na te tematy obserwuję wyłącznie z zewnątrz.
Perspektywę kierowcy przyjąłem tylko podczas przygotowania do egzaminu z prawa jazdy. Nie dość, że stres wielki, bo maszyna skomplikowana, to jeszcze na drodze inni jeżdżą i trzeba się w tym zorientować. To jednak nic, bo zmierzyć się trzeba też z innym stresem – jesteśmy przekleństwem na drodze, zakałą wśród kierowców i zawalidrogą. Kto przy zdrowych zmysłach, ten mija nas czym prędzej, nim zablokujemy całą drogę. A instruktor spokojnie tylko poucza „zwalniamy, zwalniamy, przepisowa prędkość” i „jak zdasz, to sobie pojeździsz”.
Nauka prosta – normalnie to się 80 km/h po mieście jeździ, kto to widział 50 km/h się ślimaczyć? I takiego status quo kierowcy bronią. My jeździmy trochę szybciej, a drogówka oko przymyka. No to w takim wypadku, przy takim status quo, drogi wyjścia są trzy: 1. zwiększamy dopuszczalną prędkość w mieście do, powiedzmy, 80 km/h bo wszyscy tak jeżdżą, 2. staramy się zachęcić kierowców do wolniejszej jazdy, 3. zmuszamy kierowców do wolniejszej jazdy. Punkt pierwszy wydaje mi się najbardziej logiczny – jeśli kierowcy nie chcą fotoradarów, to niech przedstawią zmiany w kodeksie ruchu drogowego i wszyscy będziemy jeździć 80 km/h. Bo tego chcą, chyba że coś źle zrozumiałem po drodze. W zachęcanie kierowców do wolniejszej jazdy niespecjalnie wierzę, bo takie akcje mają dość znikome powodzenie. Jak na mój gust zostaje opcja trzecia. A to, czy rząd łata w ten sposób dziurę w budżecie, czy nie – to temat na zupełnie inną rozmowę.
I nie mówcie, że 50 km/h po mieście jeździć się nie da. Czesi w każdym terenie zabudowanym zwalniają do takiej przepisowej prędkości bez biadolenia. Nie muszą sobie śpiewać „Jak jest, a jak być nigdy nie powinno” – wiedzą, jak być nie powinno.
Dla tych jednak, których fotoradary nie przekonują i dla tych, którzy krzyczą, że to skok na kasę, przygotowałem alternatywny, unikatowy w skali światowej, projekt karania tych kierowców, którzy zbytnio folgują sobie na drogach. Nie odbierajmy prawa, nie karajmy mandatami. Po prostu kierowcom łamiącym przepisy (powiedzmy co parę punktów karnych) obniżajmy kategorię prawa jazdy. Z B obniżymy na B1 i rozpustnik drogowy będzie zmuszony przesiąść się na jakiś trójkołowiec i będzie strach na nowym pojeździe. Jeśli mu znowu zachce się igrać z losem na drogach – proszę bardzo, teraz kategoria C. Ciężarówką pokieruj sobie, cwaniaku. Choć widzę tutaj pewien problem natury logistycznej – szybko zaroi się na drogach od tirów, a na to nasze udręczone polskie drogi chyba przygotowane jeszcze nie są. To ja jeszcze dopracuję ten projekt i wrócę z nim później.
Tadeusz Fułek
Fotoradary a sprawa polska
„Drogi są coraz gorsze, a na ulicach pojawiają się fotoradary. Polacy mają być kontrolowani w każdym miejscu. Utrudnić ludziom życie do maksimum, a na końcu ich skontrolować, wszystkich bez wyjątku”…
Zgadnij, drogi synu, kto to powiedział. Ktoś z opozycji? Ciepło, cieplej… Kaczyński, Miller, Palikot, Kurski? Uwierzysz, jeśli ci powiem, że to słowa samego Donalda Tuska? Oczywiście mówił to wtedy, kiedy PO była w opozycji, dodając przy okazji, iż „tylko facet, który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary, a nie na drogi.”
Logicznie rozumując, możemy zatem dojść do wniosku, że polskie drogi są już zatem w stanie idealnym; a ten, kto przeciwstawia się fotoradarom, to szaleniec który jest „za kulturą śmierci, a nie życia”. To z kolei jeden ze złotoustych ministrów, który przecież ani życia Polakom nie utrudnia w żaden sposób, ani nie chce ich – Boże broń!- skontrolować, i skutecznie nas przekonuje, że zarówno drogi, jak i koleje mamy coraz lepsze. A prawo jazdy ma, więc jego opinia premiera w żaden sposób nie dotyka. Co prawda, jeździ głównie z kierowcą, albo leci samolotem (byle nie do Modlina), ale władza z założenia jest przecież za „kulturą życia”. W przeciwieństwie, co chyba oczywiste, do zawistnej opozycji.
Pisaliśmy tu tydzień temu o cienkiej granicy między prawem i śmiesznością, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że przecież nie chodzi w tym wszystkim o „dura lex sed lex”, ale przede wszystkim o kasę. „Kasa, misiu, kasa!” – jak mawiał pewien klasyk. Zaplanowane już przez Ministra Rostowskiego wyższe wpływy z mandatów, kar i upomnień muszą przecież zostać zrealizowane, bo inaczej państwo jeszcze zbankrutuje i co wtedy? Vincent Rostowski, jako poddany nie tylko Premiera Tuska, ale i Jej Królewskiej Mości, powinien chyba dobrze pamiętać lekcję Żelaznej Damy, Margaret Thatcher, która wielokrotnie dowodziła, iż „nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeżeli rząd mówi, że komuś coś da – to znaczy, że najpierw zabierze Tobie, bowiem rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy”.
Czekam zatem teraz niecierpliwie na patriotyczne wezwanie do gromadnego przekraczania dozwolonej prędkości, gdyż oznacza to automatycznie wypełnienie obywatelskiego obowiązku zasilania słabnącego budżetu naszego państwa i realizacji rządowych założeń do wykonania tego budżetu, przewidujących określone wpływy z tytułu mandatów. A co się stanie, jeśli niesforni obywatele nie wykonają tych założeń? Kto odpowie za ich krnąbrność i obywatelskie nieposłuszeństwo? „Sądzę, że wątpię”, iż będzie to główny odpowiedzialny – Minister Finansów.
I już bez zbędnych żartów chciałbym przypomnieć rozwiązanie stosowane w wielu krajach, które chyba skutecznie nauczyłoby szacunku do prawa i jego egzekucji. Wprowadźmy do kodeksu drogowego jakieś graniczne przekroczenie dopuszczalnej prędkości – np. powyżej 50 km/h. Takie wykroczenie kwalifikowałoby do odebrania prawa jazdy i ponownego egzaminu po karencji np. 12-miesięcznej. Przekroczenie powyżej 100 km/h skutkowałoby odebraniem prawa jazdy na okres np. 5 lat, 150 km/h – bezterminowo. Takie regulacje byłyby z pewnością o wiele bardziej skuteczne i to one zwiększyłyby bezpieczeństwo na naszych drogach, a zmniejszyłyby prędkość jeżdżących. Bo fotoradary raczej do tego nie doprowadzą, zwłaszcza w sytuacji kiedy nadal będą jeździć po polskich drogach równi (czyli my wszyscy) i równiejsi (np. posłowie).
Wojciech Fułek