Miniony rok stał – nie tylko w Polsce – pod znakiem kryzysu kapitału (zarówno tego dosłownego, jak i społecznego) oraz kryzysu zaufania publicznego. Kapitał społeczny – budowany przecież nie w oparciu o karne, podporządkowane, shierarchizowane i zwasalizowane struktury partyjne, ale w oparciu właśnie o obywatelskie zaufanie – jest czymś bezcennym, co trudno się buduje i odbudowuje, a łatwo roztrwonić.

REKLAMA
Taki kapitał kumuluje się i pomnaża tylko dzięki sieci społecznych i obywatelskich relacji, w których zaufanie odgrywa najważniejszą rolę, a konflikt służy znalezieniu najlepszych rozwiązań, a nie zniszczeniu przeciwnika. Wydaje mi się, że Polska jest dopiero na początku długiego procesu budowy społecznego kapitału, którego znaczenia w publicznych relacjach między ludzkich nasi politycy chyba do końca nie rozumieją.
Jeśli zgodzimy się bowiem, że konflikt czy różnice poglądów nie są przecież same w sobie niczym złym, bo mogą rozpoczynać trudny proces porozumiewania się, to musimy się też konsekwentnie zgodzić się na to, że na samym końcu tego procesu jest możliwy jakiś kompromis. A kompromis z reguły nie satysfakcjonuje do końca żadnej ze stron i polega na konieczności rezygnacji z części swoich żądań, pomysłów, dogmatów i projektów. Takie pojęcie kompromisu – mam od dawna takie wrażenie – niestety jest obce naszym tzw. elitom politycznym (i tym na szczeblu rządowym, opozycyjnym, jak i na wszystkich szczeblach samorządu), dla których istnienie politycznego „wroga”, którego należy zwalczać i niszczyć wszelkimi metodami jest ważniejsze, niż jakakolwiek forma porozumienia. „Wróg nie śpi!” – podsycają wolę walki w swoich szeregach polityczni mocodawcy, uzasadniając zasadę „cel uświęca środki”. A wystarczy – jak się wydaje – pewna doza dobrej woli i przekonanie, że kompromis w większości spraw jest nie tylko możliwy, ale nawet wskazany, bo uwzględnia różne, często nawet przeciwstawne punkty widzenia. Nikt nie ma bowiem monopolu na rację i „jedynie słuszną wizję”. A porozumienie musi przecież z definicji oznaczać rezygnację z części swoich dogmatycznych przekonań. Ale czy to aby nie za trudne zadanie dla większości decydentów, przyzwyczajonych do żelaznej partyjnej dyscypliny – uznać (choćby tylko częściowo) racje swoich oponentów?
Wojciech Fułek
Wychowani w braku zaufania
Nie lubię narzekań, że „kiedyś to było lepiej, a teraz to lepiej nie mówić”. Kiedyś było inaczej i „kiedyś” już nie będzie, bo jest już „teraz”. Taka trywialna prawda, którą należałoby przyswoić, zanim się zacznie narzekać na coś, na co się wpływu nie ma. Ale jeśli pojawia się kwestia zaufania społecznego, to muszę się zgodzić – tak, jakiś czas temu zaufanie społeczne stało na wyższym poziomie. Wykresy tak twierdzą. Wykresy to nie najmilsi ludzie na świecie, ale czasami mają rację.
Mniejsza jednak o zaufanie do polityków, do partii, do korporacji. Jeśli nie chcą, żebyśmy im ufali, a usilnie się starają to osiągnąć – proszę bardzo. Ja im nie będę ufał, nie wymagam też, żeby ufali mi. Proszę tylko, żebyśmy sobie nie hipokryzowali (niech żyje słowotwórstwo) co cztery lata.
Chciałbym jednak tylko jednego – żeby jakaś w miarę inteligentna komórka w jakimś w miarę inteligentnym ministerstwie poszła po rozum do głowy i stwierdziła, że narzekacze narzekaczami, ale o młodzież zadbać można. Nie wiem, czy wszyscy zauważyli, ale młodzież na świecie, a w ślad za nimi młodzież nasza (niech będzie – też jestem młodzież na potrzeby tego tekstu) z komputerem w ręce patrzy na świat i widzi go po swojemu. Komputery gorsze nie są, ale z pewnością wprowadzają inny ład, niż ten, do którego byliśmy przyzwyczajeni. W tym ładzie można zebrać fury pieniędzy na czele dobroczynne w przeciągu godziny, ale można też przeżywać największe tragedie życia siedząc przed monitorem. I można mieć też problemy z zaufaniem, jeśli komputer jest naszym jedynym oknem na świat. A już na pewno można mieć problemy z zaufaniem komukolwiek, jeśli zachcemy poczytać fora internetowe w polskim internecie. Polecam to tylko masochistom.
Jedyne więc czego bym sobie życzył, to żeby wspomniana wyżej w miarę inteligentna komórka w miarę inteligentnym ministerstwie opracowała programy mające na celu uczenie zaufania w społeczeństwie, które już inaczej patrzy na świat. Starszaki już chyba na tyle są inteligentne, że sami powinni wiedzieć co nieco o zaufaniu. Jeśli nie chcą, to, no cóż – starego psa nowych sztuczek nie nauczysz. Tylko niech później nie narzekają na zepsutą młodzież, bo młodzież nigdy nie psuje się sama z siebie. Zaufania też się chyba sama nie nauczy.
Tadeusz Fułek