Mówimy wszyscy po amerykańsku. Co prawda więcej nas nie mówi po amerykańsku niż mówi, ale Ci co mówią - mówią bardziej, więc jest ich więcej. Taka logika czasów, więc i taka logika zdania. Po angielsku mało kto mówi, a o Australii to chyba nikt nad Wisłą nigdy nie słyszał (nie mówiąc już o Nowej Zelandii). Więc mówimy sobie po amerykańsku. Tak to mniej więcej wygląda.
REKLAMA
Cały świat mówi po amerykańsku. Niech i tak będzie – młodzież nasza piękna i światła dogada się zagranicą, pracę znajdzie, rozwinie się. I wszystko będzie kwitło. Poza językiem Mieszka I. Nie wiem, jak Mieszko I się z Dobrawą swoją Przemyślidką porozumiewał – raczej byśmy pewnie nie zadzierzgnęli językowo więzów przyjaźni, ale jeśli usłyszałby dzisiejszy język polskiego plemienia, to się by zapewne w grobie przewrócił. Dlatego na pewno poparłby mój protest, że tak jak jest, być nie może. A jak jest?
Nie jest zbyt dobrze. Nie stoję co prawda po tej stronie tych, którzy przyszłość Polski w czarnych widzą barwach i budzą się spoceni w nocy z okrzykiem „kondominium rosyjsko-niemieckie” na ustach, ale różowo przyszłości naszej też raczej nie wwidzę. Dla uściślenia – nie tyle zresztą naszej przyszłości, co języka naszego. Przeboleję zapożyczenia z angielskiego, wszystkie targety, tablety i fashionistki – wzbogaca to język i jakoś to prędzej, czy później przetrawimy. Boli mnie jednak zupełnie zgoła co innego, boli mnie widmo mroczne, takie władcopierścieniowe, które gdzieś tam zawsze z tyłu cieniem się ciągnie.
Oglądam seriale amerykańskie w ilościach dużych, i młodzież w internecie też ogląda (tak statystyki twierdzą), czytam po angielsku, jak i wielu czyta, słucham po angielsku, jak i wielu słucha, nie śpiewam po angielsku, bo słuchu nie mam, ale wiem, że młodzi śpiewają i piszą po angielsku. Jak człowiek się tak naogląda po angielsku, naczyta, nasłucha i naśpiewa, to mu później w głowie nie tylko słowa siedzą angielskie, ale wszystkie konstrukcje i zwroty. Internet mówi po angielsku, więc później czytam w polskim internecie, że ktoś „totalnie się zgadza” (bo po angielsku internet mówi „totally!”, jak się z czymś zgadza), albo że „definitywnie masz racje” (bo po angielsku internet mówi „definitely”), choć słowa te po polsku mają absolutnie inne znaczenie. I o ile jestem za rozwojem języka i jego żywym charakterem, to w tym widzę tylko zubażanie go, bo co nam po obcych znaczeniach słów, skoro swoje mamy. Nierzadko lepsze i barwniejsze, dodam.
Problem jednak nie w samym języku tkwi. Słyszałem co prawda ostatnio wypowiedź pewnego profesora, który postulował usunięcie wszystkich „ch”, „rz” i „ó” z języka, bo nie mają już racji bytu (nie jest to taki głupi pomysł - reformę pisowni swego czasu zafundowali sobie Szwedzi), ale chyba jednak nie tędy droga. Do czasu, kiedy nad Wisłą nie zaczną powstawać nasze własne, rodzime produkcje, takie, jak np. niezłe seriale amerykańskie, które są aż tak zabawne, że też się chce po amerykańsku mówić, dopóty młodzi będą „totalnie mówić po amerykańsku”.
Bardzo pięknie rozwija się ostatnimi laty polski hip-hop i słuszny robi użytek z rodzimego języka – to już jest pierwszy krok w dobrym kierunku i tędy droga. Bo kultura popularna to chyba dziś jedyna właściwa i skuteczna droga obrony własnego języka – wielce wątpię, czy obrońcy polskości, szumnie zwani patriotami, są w stanie listą lektur coś zwojować. Ukochana ich polszczyzna Sienkiewiczowska jest rozpaczliwie, żeby nie powiedzieć rzygawicznie, nudna. Czekamy nie na Sienkiewicza 2.0, teraz czekamy na Gombrowicza a.d.2013.
Tadeusz Fułek
Wieża Babel
Biblijną Wieżę Babel ludzie postanowili zbudować jako symbol zjednoczenia ludzkości i znak, dzięki któremu mieli stworzyć jeden lud, mówiący tym samym językiem. Bóg jednak sprzeciwił się ludzkim dążeniom do jedności, obawiając się, iż wtedy „nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić”. Dlatego uniemożliwił im porozumienie i zatrzymał wznoszenie wieży, mieszając budowniczym ich języki i dzieląc ludzi na różne narody.
Biblijną Wieżę Babel ludzie postanowili zbudować jako symbol zjednoczenia ludzkości i znak, dzięki któremu mieli stworzyć jeden lud, mówiący tym samym językiem. Bóg jednak sprzeciwił się ludzkim dążeniom do jedności, obawiając się, iż wtedy „nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić”. Dlatego uniemożliwił im porozumienie i zatrzymał wznoszenie wieży, mieszając budowniczym ich języki i dzieląc ludzi na różne narody.
Jeśli język był tak ważny dla Boga, tym bardziej istotny jest dla człowieka. Może porozumienie – w sensie zarówno lokalnym, jak i globalnym – rzeczywiście byłoby dla ludzi łatwiejsze, gdybyśmy wszyscy porozumiewali się tym samym językiem? Może naprawdę wszystko byłoby wtedy dla nas możliwe i słusznie Bóg obawiał się ludzkiej jedności, mieszając nam języki?
Lingwiści alarmują, że średnio co dwa tygodnie umiera jeden język. Do końca XXI wieku ma w ten sposób bezpowrotnie zniknąć z mapy świata więcej niż połowa wciąż używanych przez ludzi języków. Ich aktualną liczbę (wraz z lokalnymi dialektami) szacuje się na ok. 20 tysięcy. Na naszych oczach umiera np. język łużycki, bliski nam terytorialnie. Nie powiodły się próby, sięgające biblijnej idei zjednoczenia ludzkości, stworzenia języków sztucznych, wspólnych dla całego współczesnego świata. Ani volapük, stworzony przez niemieckiego pastora Johanna Schleyera pod koniec XIX wieku ani esperanto (choć używa go wciąż milion ludzi na całym świecie), wymyślony przez dr Ludwika Zamenhofa nie stały się językami całej ludzkości, pozostając tylko ciekawymi eksperymentami lingwistycznymi.
Pięć głównych języków świata (którymi łącznie mówi dziś większość współczesnych ludzi) to mandaryński, angielski, hiszpański, arabski i hindu. Niektórzy badacze i lingwiści uważają, że nieuchronnie języki te czeka proces wzajemnego przenikania się i pewnego ujednolicenia. Nadali już nawet temu językowi przyszłości odrębną nazwę „panglish”. Czyżby czekał nas zatem - odwrotny od tego biblijnego – kurs w stronę jednego wspólnego języka dla całego ludzkiego plemienia? I co na to niechętny takim pomysłom Bóg?
Globalizacja i nowe technologie siłą rzeczy zmuszają nas do korzystania z języka angielskiego (amerykańskiego?). Amerykanizmy i językowe kalki demolują nam jednak ojczyste języki i w nieuchronny sposób zmierzają do stworzenia przyszłego „nadjęzyka”. Czy można się jakoś bronić przed tą lingwistyczną inwazją i dewastacją? Z pewnością takim obronnym szańcem jest i zawsze pozostanie literatura – w każdej postaci. Wiersze, beletrystyka, dramaturgia, a nawet teksty piosenek. Gorzej już znacznie z dziennikarstwem, zwłaszcza w jego dominującej dziś, bulwarowo-brukowej postaci. Twórcza adaptacja współczesnego języka subkulturowego dla celów literackich, jak dowodzi przykład Doroty Masłowskiej, może być – trochę paradoksalnie – pomocna w ocaleniu tożsamości języka. Obawiam się jednak raczej „obrazkowego” charakteru współczesnej kultury, wymuszającej nie tyle lapidarność i zwięzłość, co nienaturalną skrótowość wypowiedzi, doprowadzoną niemal do absurdu. Poza tym, jeśli zamienimy szeleszczące kartki książek na audio- i e-booki, utracimy też kiedyś zdolność czytania pomiędzy słowami i poszukiwania śladów w wielokropkach, przecinkach i średnikach. Dlatego równie groźne dla przyszłych pokoleń wydają się pomysły usunięcia polskich znaków, co – z właściwym sobie humorem – skomentował prof. Jerzy Bralczyk, który zaproponował zwolennikom takich pomysłów wysłanie (oczywiście bez polskich czcionek) do znajomych sms-a zaczynającego się od słów „Zrób mi łaskę…”.
Nie wiem, czy doczekamy się w końcu nowego Gombrowicza na miarę XXI wieku, ale jestem pewny, że nasz język przetrwa nieco dłużej, jeśli będziemy go używać zgodnie z „instrukcją obsługi”, nie dopuszczając do całkowitego zachwaszczenia i zamerykanizowania. Ale czy jest to w ogóle możliwe?
Wojciech Fułek
