Znany market elektroniczny (Media Markt, jeśli jesteście ciekawi) urządził ostatnio znaną zza wielkiej wody (a przynajmniej zza Odry) promocję. Znaleźli śmiałego niczym Szewczyk Dratewka młodzieńca, uzbroili go w stoper i puścili samopas po sklepie. Co wyniesie o własnych siłach w limitowanym czasie – to jego. Wszystko odbyło się zgodnie z planem – młodzieniec legalnie przyszabrował sobie więcej układów scalonych, niźli było puszek coli w lodówkach-nagrodach w „Kole Fortuny”, a media ochoczo podchwyciły kosmiczną kwotę, o jaką uszczuplony został sklep. Czysta marketingowa euforia.

REKLAMA
Informacja o promocji obiła mi się o uszy już wcześniej. Już kiedy pierwszy raz o tym usłyszałem, przez głowę przepełzło mi marzenie nieskromne, aby też wziąć udział w takiej promocji. Widziałem już te przygotowania, kiedy chodzę z pracownikiem sklepu między półkami obmyślając strategię. Jemu się lśni plastykowa tabliczka z napisem „Mariusz – ekspedient”, mi się oczy lśnią z zachwytu, a na kartce rośnie liczba pozycji do zabrania. Do sklepu zaglądam codziennie, żeby poznać go niczym własną kieszeń. Pracownicy rozpoznają mnie już z daleka i uśmiechają się na mój widok. Kiedy nadchodzi wielki dzień, staję na linii startowej. Słyszę ten spocony tłum za plecami, który dopinguje mnie, choć każdy marzy o tym, żeby zająć moje miejsce. Słyszę jeszcze ostatnie wskazówki przed startem i spoglądam na stoper jeszcze zatrzymany w niepokojącym oczekiwaniu. Nerwowo podpytuję, ile dokładnie mam czasu. Nagle głośny sygnał. Wrzawa momentalnie rośnie. Naprężam mięśnie, drzwi się otwierają.
Szybkim zrywem wyskakuję jeden krok do przodu i przystaję. Rozglądam się, chwile myślę. Słyszę poganiających pracowników marketu, ale ruszam powoli. Skręcam w jedną alejkę, w drugą. Podniecony człowieczek krąży naokoło z kamerą. Nagrywa lekko zdezorientowany. Znajduję w końcu półkę ze słuchawkami. No i teraz – wziąć te sprawdzone Sennheisery, czy też spróbować czegoś nowego? Z drugiej strony te, które miałem, dość szybko się popsuły. A to może coś tańszego? Koniec końców decyduję się na sprawdzony model. zł. 119,90. Przystaję jeszcze na chwilę przy tosterach, ale w sumie to już powoli kieruję się do wyjścia. Docieram do mety równo z syreną. Patrzę na skostniałego sędziego-pracownika. Widzę, że coś mu nie w smak, więc mówię na odchodnym: „Nie za dużo? Chciałem wziąć te za 70, ale stwierdziłem, że co tam, raz się żyje”. Ludzie zawiedzeni szybko się rozchodzą, każdy tylko pod nosem narzeka. „Co za idiota!”, „ale zmarnował okazję!”, i tym podobne. Sklep nic nie traci, choć cała reklamowa otoczka przedsięwzięcia bierze w łeb, a ja cieszę się nowymi słuchawkami.
Nie wystartowałem niestety w konkursie. Moje piękne marzenie o nieposiadaniu fury sprzętu elektronicznego i o zniweczeniu takiej promocji nie spełniło się. Marzenie pozostało marzeniem, choć efekt jest dość podobny – całego tego sprzętu jak nie miałem, tak nie mam. I wcale nie czuję się z tym źle. Wręcz przeciwnie – jakoś lżej mi bez tego.
Tadeusz Fułek


Nie dla idiotów!
Nikt z nas nie jest wystarczająco odporny ani impregnowany na reklamowe ataki ze wszystkich możliwych stron. W końcu w każdym toczy się też przecież nieustająca walka pomiędzy „być” a „mieć”. I znów pewnie wyjdę na starego zgreda (zwłaszcza w oczach Tadeusza), która wspomina prehistoryczne czasy, o których nawet nie uczy się dziś w szkołach, bo na to nie zasługują, ale… Dawno, dawno temu, kiedy szczytem luksusu było posiadanie monofonicznego adapteru marki „Mister Hit” czy kilku zagranicznych płyt, reklama ograniczała się głównie do wydarzeń politycznych lub akcji odgórnie narzucanych. „Październik miesiącem oszczędności” – do dziś pamiętam to hasło. Ale dlaczego akurat październik? Bo wiewiórki gromadziły zapasy żołędzi na zimę? Tego już nikt nie wyjaśniał, bo i po co? Może trochę również po to, aby nie przedobrzyć z natrętną obecnością we wszystkich możliwych miejscach w tym samym czasie Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, która przecież ani była „Wielka”, ani „Socjalistyczna”, ani „Październikowa”, ani nie była nawet Rewolucją, tylko wojną domową. „Lenin w Październiku” głosiły przez lata wszechobecne plakaty (czy to była reklama, mam jednak duże wątpliwości), na których złośliwi wywrotowcy dopisywali „a koty w marcu”.
Kiedy nagle „wybuchła wolność”, która zmiotła z powierzchni konstrukcję starego porządku, raniąc przy okazji wielu postronnych, przypadkowych obserwatorów i nastała „niewidzialna ręka rynku”, okazało się, że najbardziej widzialnym/widocznym jej efektem stała się właśnie reklama. To ona opanowała bez reszty rynek mediów i przestrzeń publiczną, agresywnie zaśmiecając nasze głowy, ulice, skrzynki pocztowe, ekrany, głośniki i domy. I praktycznie nie ma od niej ucieczki i schronienia. Nawet ci – nieliczni – z moich przyjaciół, którzy pozbyli się telewizorów, skazani są przecież na żarłoczną, ciągle rozprzestrzeniającą się i wszechobecną reklamę zewnętrzną, korespondencyjną, kinową, gazetową.
A w reklamie – o tym powinieneś przecież synu doskonale wiedzieć, pracując dla renomowanej agencji marketingowej – nie ma żadnych barier, hamulców czy ograniczeń. Liczy się jej skuteczność, mierzona czy to w wynikach sprzedaży, wyborów czy ilości „konsumentów”. Sam nie jestem w tej materii czysty jak łza, bo przez dekadę wymyślałem i realizowałem kampanie reklamowo-promocyjne. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to (a to chyba jednak ważne), że zajmowałem się głównie budowaniem wizerunku firmy, nigdy nie używając do tego narzędzi i języka, którego trzeba by się po latach wstydzić.
Kampania reklamowa, tak sugestywnie opisywane przez Tadeusza, koresponduje z dominującą dziś filozofią konsumencką „mieć”, w której „być” ma jakiekolwiek znaczenie tylko wtedy, jeśli idą za tym jakieś „zakupy”. I sam nie wiem, czy - w tego typu sprawach - to życie naśladuje kabaret, czy też twórcy kabaretowych skeczy tak trafnie odczytują reklamową rzeczywistość. Czy ta cała historia nie przypomina Wam bowiem słynnego skeczu „Ani Mru Mru” z transmisją z otwarcia sklepu osiedlowego?
Z jednym reklamowych hasłem trzeba się jednak bez dyskusji zgodzić. To nie jest rzeczywiście przekaz „dla idiotów”. A może jednak jest?
Wojciech Fułek