Słowa, powszechnie uważane za obraźliwe, jednak jakoś wciąż przedostają się z wrodzoną sobie agresją i brutalnością (ale za to bez jakichś specjalnych barier) do naszego codziennego języka, zaśmiecając go bez umiaru. I jeśli czasami mogą być nawet uważane za artystyczną prowokację, to jednak zdecydowanie częściej i gęściej służą jako wulgarne, ale w powszechnym mniemaniu, całkowicie uzasadnione, przerywniki i wątpliwej urody „ozdobniki” językowe. Na ulicy, przy barze, w prywatnych rozmowach jakoś nas – niestety – przestały one większość z nas razić czy zaskakiwać.

REKLAMA
Tymczasem ostatni przypadek Ewy Wójciak z poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, która na prywatnym profilu na portalu społecznościowym skomentowała wybór nowego papieża, określając go słowem, rozpoczynającym się na „ch”, wskazuje wyraźnie na to, że owo słowo, którym dobrze wychowani kibice piłki nożnej przeznaczyli od dawna najczęściej na określenie sędziego, znów rani uczucia własne, religijne i zaburza światopogląd oraz dawno zapomniane poczucie „estetyki słowa”. Z jednej strony – takie oburzenie jest w pełni uzasadnione, bo takiej formuły komentarza nie da się w żaden sposób obronić. Nie mam zamiaru i ja podejmować się takiej obrony, mimo ogromnej sympatii dla wyjątkowego – moim zdaniem - miejsca Teatru Ósmego Dnia i samej Ewy Wójciak w historii polskiego teatru. Z drugiej zaś strony, jakoś nie przypominam sobie takiego wielkiego oburzenia, kiedy w przeszłości upubliczniano stenogramy rozmów naszych polityków różnych opcji, w których to słowa na „ch”, „k”, i „p” dość bogato wypełniały ich słownik. Naszpikowane wulgaryzmami rozmowy, ujawniane najczęściej przez wścibskich dziennikarzy albo dociekliwych prokuratorów, prowadzących swoje dochodzenia w różnych sprawach, jakoś nikogo aż tak bardzo wtedy to nie oburzały, bo wszyscy skupiali się na treści tych rozmów, a nie ich formie. Czy o niestosowności języka świadczą zatem nie nadużywane w nich wulgaryzmy, ale same okoliczności?
Może jestem trochę konserwatywny i nie „nadanżam” za obyczajową rewolucją , ale uważam, że o klasie człowieka, i to zupełnie niezależnie od okoliczności, świadczą nie tylko jego czyny, ale i język. Owszem, i ja nie jestem bez grzechu, bo zdarza mi się czasami szpetnie przekląć, zwłaszcza kiedy coś mnie wyprowadzi z równowagi. Ale to „zdarza się” – mam nadzieję - bywa wyjątkiem, a nie regułą. Każdą osobę publiczną (zwłaszcza posła, senatora, prezydenta, burmistrza, ministra itp.) knajacki, wulgarny, agresywny język, naszpikowany przekleństwami – moim zdaniem całkowicie dyskwalifikuje, czasem znacznie bardziej niż sama treść rozmowy. Niestety, zdecydowanie za często i praktycznie bez pokuty ich za takie słowne wyskoki rozgrzeszamy. Może i artyście zresztą wolno w tej materii rzeczywiście nieco więcej, ale pod warunkiem, że jest to narzędzie rzeczywiście używane do celów wspomnianej na początku tego tekstu artystycznej prowokacji. Ale ja i tak wolę jakoś rozmawiać z kimś, kto swój język potrafi okiełznać i nie nadużywa w mowie potocznej słów obraźliwych. Tylko gdzie dziś jeszcze szukać takich staromodnych osobników?
Wojciech Fułek


Tępomłotność stosowana

Jest takie zacne sformułowanie angielskie - „paragon of virtue”. Wielce urodziwe, muszę przyznać. Określa osobę będącą wzorem cnót i moralności. Ja sam raczej rzeczonym „paragonem cnót” nie jestem i klnę. Zależnie od okazji. Czasem mniej, czasem więcej. Czasami przesadzam, ale wiem, kiedy zachować się trzeba i polszczyznę uliczną do kieszeni schować, a kiedy można sobie pofolgować. Na wszystko jest i czas i pora. I przekleństwa nie są tu żadnym odstępstwem od reguły. Śnieg w listopadzie jest ładny, bajeczny i wszystkich nastraja optymistycznie. Śnieg w kwietniu to cham i prostak – wszyscy dobrze to rozumiemy. Proszę tu sobie dalej w ramach ćwiczenia analogię rozwinąć.
Pani dyrektor teatru poznańskiego niestety nie zorientowała się, kiedy należy słowa odpowiedniego użyć, a kiedy sobie odpuścić. Inna sprawa, że jako osoba z na takim stanowisku powinna wiedzieć, że jej słowa użyte na ogólnodostępnym portalu to tyleż samo co wykrzyczenie ich na tłumnym poznańskim rynku w słoneczny niedzielny poranek. Jeszcze inna sprawa, że jako osoba na takim stanowisku powinna wiedzieć, że dyrektorowi instytucji kulturalnej chyba takie sformułowania nie przystoją. Jednak, jak w wielu innych przypadkach, z chęcią bym przeszedł nad tym do porządku dziennego, o ile nosiłoby to znamiona jakiejkolwiek finezji. Gdyby była to kąśliwa szermierka słowna, umiejętnie wetknięta szpilka pod pancerz. Niestety Pani dyrektor posłużyła się naszą przepiękną i plastyczną polszczyzną w sposób iście prymitywny i z gracją tępego młota. I nawet nie do końca wiadomo, do kogo ten gniewny cytat był skierowany i po co, więc nawet nie rozumiem, jaki dalszy cel tkwić może w rozwijaniu tematu.
Niestety tępomłotność językowa to nie problem li tylko rzeczonej Pani dyrektor z Poznania. Wulgaryzmy nadużywane i rzucane na każdym kroku stają się nudne i (w przeciwieństwie do zwykłych słów, którym tylko nuda grozi) wulgarnością swą rażące.
Pospolite, chamskie i szorstko nieprzyjemne się po prostu stają, jeśli użyte nieumiejętnie. Mam wrażenie, że ilekroć trafię na jakiś kabaret, to każdy żart puentowany jest takim wulgaryzmem. Pół biedy, jeśli puentowany – najczęściej żart po prostu opiera się na wulgaryzmie. Polskie pseudo-komedie pseudo-romantyczne oglądam tylko przykuty łańcuchem do ekranu, ale kiedy już je zobaczę – wtedy widzę dokładnie to samo. Jakby urokliwa „kurwa” stało się tak zabawnym słowem sama w sobie, że nawet nie trzeba reszty żartu konstruować. Wystarczy jedno słowo i wszyscy umierają na skręt kiszek od śmiechu.
To tylko przykład braku językowej wyobraźni, ale przykład niestety nieodosobniony. Rzędem za nim ustawiają się kolejne. Nawet nadęta już wojna międzypartyjna polsko-polska nie produkuje zbyt wiele nowatorskiego oręża słownego, ani w żaden uwagi godny sposób nie eksploatuje podręcznego arsenału. Odnoszę wręcz wrażenie, że jedyną wyobraźnią w zakresie języka polskiego, jakim mogą pochwalić się zwolennicy obu partii, to pisanie dużą literą ich akronimów w każdym możliwym słowie – od PISmaków po POziomki. To chyba szczyty słowotwórczości polskiej w zakresie wulgaryzmów. Polska reprezentacja florecistów i szermierzy językowych dogorywa.
Chciałbym jednak wierzyć, że można bardziej gustownie i elokwentnie wyrazić swoją niechęć do drugiej osoby. Proszę, niech mnie kto tu ładnym sformułowaniem zbeszta, zruga i skarci. Może i znajdzie się ktoś na tyle władny w mowie polskiej (zaznaczam, że jestem wielkim fanem neologizmów), że jeszcze ucieszę się z tego, że ktoś o mnie tak nisko myśli.
Tadeusz Fułek