Słowa, powszechnie uważane za obraźliwe, jednak jakoś wciąż przedostają się z wrodzoną sobie agresją i brutalnością (ale za to bez jakichś specjalnych barier) do naszego codziennego języka, zaśmiecając go bez umiaru. I jeśli czasami mogą być nawet uważane za artystyczną prowokację, to jednak zdecydowanie częściej i gęściej służą jako wulgarne, ale w powszechnym mniemaniu, całkowicie uzasadnione, przerywniki i wątpliwej urody „ozdobniki” językowe. Na ulicy, przy barze, w prywatnych rozmowach jakoś nas – niestety – przestały one większość z nas razić czy zaskakiwać.
Tępomłotność stosowana
Jest takie zacne sformułowanie angielskie - „paragon of virtue”. Wielce urodziwe, muszę przyznać. Określa osobę będącą wzorem cnót i moralności. Ja sam raczej rzeczonym „paragonem cnót” nie jestem i klnę. Zależnie od okazji. Czasem mniej, czasem więcej. Czasami przesadzam, ale wiem, kiedy zachować się trzeba i polszczyznę uliczną do kieszeni schować, a kiedy można sobie pofolgować. Na wszystko jest i czas i pora. I przekleństwa nie są tu żadnym odstępstwem od reguły. Śnieg w listopadzie jest ładny, bajeczny i wszystkich nastraja optymistycznie. Śnieg w kwietniu to cham i prostak – wszyscy dobrze to rozumiemy. Proszę tu sobie dalej w ramach ćwiczenia analogię rozwinąć.
