Ulubiony format – 20/30 minut. W sam raz, żeby zjeść coś, chwilę się wyciągnąć na kanapie, potrawić sobie w spokoju i koniec. 40/60 minut – to już rzadziej. Od czasu do czasu, kiedy będę chciał poświęcić więcej czasu lub wiem, że nie mam nic do roboty. Ale jak już poleci, to ciągiem i nawet czas mi specjalnie nie jest problemem. Nie ma, że nie ma czasu. Odcinek za odcinkiem, sezon za sezonem muszą wjechać – takie prawo miejskiej dżungli.

REKLAMA
Bo seriale, to kwintesencja naszego pięknego, wielkomiejskiego stylu życia. Z jednej strony kronika, w której odbijają się zwykłe życia na przemian z fanaberiami i fantazjami o życiach niezwykłych. Z drugiej strony lekarstwo, panaceum i remedium na bolączkę zwaną życiem miejskim.
Na początku fascynowałem się każdym kolejnym serialem. Historią, bohaterami, czołówką przepięknie nakręconą, zwrotami akcji. Oglądałem, oglądałem, w okolicy 3 – 4 sezonu zaczynałem się nudzić. Czasami kończyłem oglądanie z poczucie obowiązku. Czasami bo już po prostu chciałem się dowiedzieć, co się z nimi stało i wyrzucić to w diabły. I zachwycałem się, że serial to taka forma idealna, bo i scenarzysta może się rozwinąć, a wszystko trochę bardziej jak życie wygląda, choć w sumie to mało kto mógłby przeżyć chociażby rok tak intensywnego życia.
Wiem oczywiście, że każdy kolejny sezon to genialna maszynka do zarabiania pieniędzy. Przerwy między sezonami wypełnione są memami internetowymi, merchandisingiem, gadżetami około-festiwalowymi i wszystkim, co tylko podtrzyma uwagę fanów. Kiedy nadchodzi kolejny sezon, to podniecenie sięga zenitu i wszystkie odcinki połykamy naraz, o ile to możliwe. A producenci mogą produkować dalej. Więc produkują.
A my łykamy to spaghetti serialowe jedno za drugim. Ile to ja razy słyszałem „musisz to obejrzeć – obejrzałam/em cały sezon za jednym razem”. Nie oznacza to jednak, że ja muszę to koniecznie obejrzeć, bo to jest takie dobre, ale dlatego, że ktoś tak dobrze spędził przy tym czas. Bo serial to jest spędzanie czasu. Serial to wręcz sposób przepędzanie czasu. Z kąta w kąt.
Allow me to be blunt. Seriale to świetne zajęcie, kiedy nie do końca wiadomo, co zrobić ze swoim dniem (żeby nie powiedzieć z życiem). Mamy internet, mamy łatwy dostęp do nielegalnego ściągania – więc ściągamy i oglądamy wszystko naraz. Nie dlatego, że to takie fajne i nie dlatego, że to takie wciągające, ale dlatego, że nie ma nic ważniejszego do roboty.
Żeby nie wiało hipokryzją – sam oglądam na pęczki. Sam się wciągam. Oglądam, a potem narzekam, że nie mam czasu zrobić swoich super ważnych rzeczy. Odnoszę jednak wrażenie, że mało kto ma jakieś super ważne rzeczy do zrobienia. Ci, którzy naprawdę zajmują się rzeczami wartymi uwagi nie oglądają seriali. Ci, którzy nie mają co robić – oglądają seriale na sezony. Tak, jakby nie było już ważnych rzeczy do zrobienia, a zostały tylko seriale – symbol nadmiaru wolnego czasu.
Tadeusz Fułek
Jak tracić czas i nie mieć wyrzutów sumienia
„W poszukiwaniu straconego czasu” można zgubić więcej czasu, niż czytając wiekopomne dzieło Marcela Prousta. Oglądanie seriali jest tylko jedną z wielu dróg do samodoskonalenia się w sposobach zabijania czasu. Seriale są jak ludzie. Lepsze i gorsze. Seriale są bowiem takie same, jak ich widzowie. Kreują świat na miarę wyobrażeń nie tylko swoich twórców, ale i odbiorców. Nie potępiam tych, którzy je oglądają, bo sam nie jestem bez winy. Każdy z nas ma przecież jakiś ulubiony serial na miarę swoich potrzeb. Bo zaspokajają one nie tylko nasze zapotrzebowanie na trwonienie swojego czasu, ale i inne ważne emocjonalne potrzeby ludzkiego gatunku: potrzebę przynależności do określonej grupy (nie tylko oglądających konkretny serial, ale czerpiących z niego określone wzory), potwierdzenia własnej wartości (przecież głupszy niż Ferdek Kiepski czy Solejuk nie jestem) czy też podstawowe potrzeby bezpieczeństwa (bo lepiej, jak wszystkie nieszczęścia przydarzają się innym, a nie nam). A przerwy reklamowe pozwalają z kolei na skuteczne zaspokajanie potrzeb fizjologicznych.
Na razie jednak to seriale rządzą czasem widzów, a nie odwrotnie, choć ciekawe, jak zmieni się świat, kiedy kolejne pokolenie samo sobie układać będzie program telewizyjny na miarę własnych gustów, potrzeb i wolnego czasu. Zastanawiam się też, skąd taki fenomen popularności serialu o Annie German, który w Rosji oglądało znacznie ponad 20 milionów widzów, a w Polsce ich ilość też przekroczyła wszystkie wskaźniki oglądalności (ponad 7 mln telewidzów przyciąga przed telewizory każdy z kolejnych odcinków, mocno rozciągnięty w czasie, z powolną, dość „staromodną” narracją). Czy magnesem jest sama, autentyczna postać piosenkarki i jej dramatyczne losy? A może to właśnie odmienna formuła takiego serialu, zrealizowanego przez rosyjskiego producenta i polskiego reżysera Waldemara Krzystka, stanowi klucz do zrozumienia tego fenomenu? To też dowód, że warto czasami pójść pod prąd pewnym modom i ułatwieniom serialowego obrazu, warto sięgnąć po historie autentyczne, warto nawet szukać takich opowieści, w których znajdziemy odrobinę prawdy o nas samych. Skądinąd najbardziej denerwujące w tym natłoku różnych polskich seriali – oprócz dosyć schematycznej, dopasowanej do telewizyjnej estetyki gry większości aktorów (zdarzają się oczywiście chlubne wyjątki), bywa ich scenograficzne tło. Większość planów wygląda bowiem tak, jakby wnętrza urządzano, korzystając np. z gotowych wzorów IKEI. Nie tylko wyposażenie czy meble się powtarzają, ale nawet kolorystyka jest podobna. A wszechobecny „product placement” tak zdominował codzienne życie serialowych bohaterów, że robią zakupy tylko w określonych supermarketach, jeżdżą wyłącznie samochodami jednej marki czy używają najlepszych kosmetyków konkretnego producenta, który zapłacił za to stosowną zapłatę. Dlatego czasami „z pewną taką nieśmiałością” wolę obejrzeć „niesłusznych politycznie i historycznie”, ale za to pozbawionych tego współczesnego bagażu „Czterech Pancernych”, mimo iż doskonale wiem, jakie zakończenie ma kolejny odcinek.
Wiem, wiem, każde pokolenie ma taką rodzinę Matysiaków, na jaką zasłużyło. Aha, recepta jak nie żałować straconego czasu poświęconego serialom jest stosunkowo prosta. Zasiąść w wygodnym fotelu podczas emisji, podłożyć poduszkę pod głowę i … uzupełnić niedobory snu. Może przyśni się nam ciekawsza fabuła od tej serialowej?
Wojciech Fułek