REKLAMA
Festiwale, festiwale
Dawno, dawno temu, polskie festiwale muzyczne wszystkim kojarzyły się głównie z Opolem (piosenki polskie) i Sopotem (gdzie rywalizowali głównie wykonawcy zagraniczni). Czasami, jakby nieco wstydliwie, do tej listy dopisywano jeszcze Kołobrzeg (gdzie „piosenka szła do wojska”) i Zieloną Górę (Festiwal Piosenki Radzieckiej). Po latach Opole i Sopot – pomimo różnych zawirowań i zmian – wciąż trwają na festiwalowym posterunku, ale zdominowane już przez istny wysyp muzycznych przeglądów i konkursów, od Openera począwszy a na Przystanku Woodstock skończywszy. Jak kraj długi i szeroki, festiwale zalały swoim zwielokrotnionym brzmieniem tzw. przestrzeń publiczną, a niektóre z nich stają się (przykład Openera) jednym z ważniejszych wydarzeń letniego sezonu koncertowego w Europie.
Czy w dzisiejszych czasach jest zatem jeszcze w Polsce miejsce na festiwalowy przegląd, którego wzorem jest włoskie San Remo? Czy w takim miejscach, jak amfiteatr w Opolu czy Opera Leśna rodzą się jeszcze przeboje, skoro kreuje je dziś głównie internet?
„Święto piosenki” – pisano kiedyś nagminnie o festiwalu opolskim i sopockim, nawiązując do łacińskiej genezy słowa „festivus” (czyli właśnie: świąteczny, radosny, wesoły). Czy w czasach wszechobecnych telewizyjnych talent show ma jeszcze sens organizowanie takich wydarzeń i jaki powinny one mieć kształt, odpowiednio dopasowany do współczesnych – technologicznych, komunikacyjnych, muzycznych i socjologiczno-psychologicznych wymogów?
Jako osoba, która poświęciła w przeszłości sopockiemu festiwalowi sporą część swojego zawodowego życia, wciąż zastanawiam się, kto jest i kto może być dziś jego głównym odbiorcą, jaką nadać mu formułę, aby tych odbiorców wciąż przyciągać, czy konkurs (i w jakiej formule) „Bursztynowego Słowika” ma wciąż jeszcze sens, jaką rolę przypisać współczesnym konferansjerom, jak w końcu to wydarzenia „sprzedać” (zarówno jako koncerty „live”, jak i transmisję telewizyjną). I czy ta dawna festiwalowa legenda (która narodziła się w końcu jeszcze w czasach, kiedy scena Opery Leśnej była – obok Sali Kongresowej – jedynym miejscem, gdzie występowali zagraniczni piosenkarze) wciąż jeszcze jest żywa?
Mój sentyment do dawnych edycji sopockiej i opolskiej imprezy (gdzie z kolei co roku pojawiały się nowe przeboje, które przetrwały do dziś swoją próbę czasu i tacy nietuzinkowi wykonawcy jak Marek Grechuta czy Ewa Demarczyk) jest uzasadniony wiekiem i tęsknotą (zwłaszcza w przypadku Opola) za piosenką z melodią i tekstem. Czyżbym tak już się zestarzał, że czasy doskonałych tekstów Jeremiego Przybory, Agnieszki Osieckiej czy Jonasza Kofty wydają mi się odległe o lata świetlne?
Ale jak wytłumaczyć tłumy publiczności, pojawiające się co roku w Opolu i Sopocie? Nostalgią, przyzwyczajeniem, snobizmem czy niezaspokojoną potrzebą wspólnego przezywania festiwalowego święta? Czy znajdzie się ktoś, kto w końcu trafnie zdiagnozuje naszą narodową chorobę – festivalozę?
Wojciech Fułek
Igrzyska pauperum
Jak świat światem, zasada „chleba i igrzysk” sprawdza się bezbłędnie. Nieważne jak wysoka kultura i jak wysokie przesłanki, to igrzyska rządzą światem. PRL do specjalnie praworządnych ustrojów nie należał, ale o igrzyska swoje dbał. Chleb był na kartki, ale chociaż igrzyska jako tako regularnie dostarczano.
Muzyczny most rozciągnięty nad Polską od Opola do Sopot miał się całkiem dobrze jeszcze na początku lat 90-tych. Trwał, kiedy kultura była tylko jedna i jedna tylko rozrywka. Trwał, kiedy telewizor był w domu jeden, a w telewizorze programów zaledwie parę. W takich czasach Sopot i Opole mogły sobie pozwalać na fajerwerki, gwiazdy mogły brylować, a publiczność mogła czekać z wytęsknieniem. No bo co innego robić?
Przepis na taki model kultury był bardzo prosty. Władza decydowała co może być i jak ma wyglądać, a że festiwale miały być wizytówką kraju poza granicami, więc władza decydowała, że ma być dobrze i wystawnie. Brano więc fachowców obeznanych w materii, którzy wybierali tylko tych, którzy umieli śpiewać (selekcja wstępna), a wyniki prezentowano ludowi. Lud brał jak leci, bo nic innego w międzyczasie się nie działo.
Lata 90-te to tymczasowa zapaść polskiej kultury. Chwilę zajęło się odnalezienie się na wolnym rynku, bo od tej pory wolny rynek dyktował warunki. Teraz nie dygnitarze i nie fachowcy, ale lud portfelem decyduje. A że lubi Dodę i kabarety, toteż i Dodą i kabaretami polski festiwal stoi.
Na szczęście nie tylko wielbiciele przaśno-swojskiego rocko-popu mają portfele, więc i takie festiwale jak Opener mogą się rozwijać. Stare Opole miało wypisaną na sztandarach dbałość o rozwój polskiej muzyki i polskiego gustu muzycznego. Dzisiaj i Opole i Sopot pieniądzem się tylko kierują. To że nie ma żadnego innego pomysłu na szukanie młodych talentów, to akurat wina tych, którzy u steru, a nie festiwali. Lukę wypełniają przeróżne komercyjne i pół-komercyjne, poważne i mniej poważne konkursy, oraz internet, który brutalnie, ale i sprawiedliwie oddziela ziarno od plew. Obok stoją dzisiejsze festiwale, czyli przeglądy muzyki krajowej połączone z karnawałem. Na świetnym, światowym poziomie, ale to wciąż tylko przeglądy piosenki połączone z karnawałem.
Nie sądzę, żeby festiwalowa gorączka była jakąś szczególną Polską przypadłością. Rozwój tych trendów jest podobny, co w reszcie Europy. Eurowizję ludzie czasami lubią sobie obejrzeć, ale rzadko kiedy na poważnie. Niemcy lubią sobie pośpiewać w zaciszu domowym przy kiełbasce i krasnalu ogrodowym piosenki biesiadne, Włosi mają swoje kiczowate, jak tylko muzyka włoska może być, San Remo, a my mamy Opole i Sopot. Igrzyska w wersji ubogiej i spauperyzowanej. Klaunów i akrobatów, którzy wygłupiają się na starej i nobliwej arenie. Jeśli ktoś to jeszcze chce oglądać, niech ogląda. Są ciekawsze rzeczy do oglądania i słuchania, ale ja nikogo przekonywać nie będę. Ktoś inny powinien rodaków do dobrej rozrywki i kultury wysokiej nakłaniać.
Tadeusz Fułek.
