Wielka Rewolucja Rowerowa? Dopiero po raz pierwszy (biję się w piersi) brałem udział niedawno w tzw. Wielkim Przejeździe Rowerowym przez Trójmiasto.
REKLAMA
Wielka Rewolucja Rowerowa?
Dopiero po raz pierwszy (biję się w piersi) brałem udział niedawno w tzw. Wielkim Przejeździe Rowerowym przez Trójmiasto. To już 17-ta edycja tego niecodziennego wydarzenia, w którym biorą udział rowerzyści w różnym wieku – od tych najmłodszych po 80-latki, na rozmaitym sprzęcie, w różnych (czasami wyjątkowo fantazyjnych) strojach. To jedno z nielicznych przedsięwzięć, które z założenia łączy mieszkańców całego Trójmiasta, a nawet Pomorza (bo włączyły się do tego przedsięwzięcia również Wejherowo, Reda, Rumia i Pruszcz Gdański). Oczywiście nawet sam widok gigantycznej kolumny wielu tysięcy rowerów, zajmujących główną arterię komunikacyjną Trójmiasta, po której rowerom na co dzień zabrania się poruszać, jest już fantastycznym przeżyciem. Ale jeszcze większe emocje budzi osobisty udział w takim przejeździe i spotkanie dwóch kolumn pod Ergo Areną – jednej zmierzającej na to miejsce z Gdańska, drugiej – z Gdyni, do której po drodze dołączyli się sopoccy miłośnicy dwóch kółek, w tym niżej podpisany. Tegoroczna edycja była rekordowa pod względem frekwencji (może warto zatem to wydarzenie zgłosić np. do Księgi Rekordów Guinnesa?), ale przecież nie tylko o ilość, zabawę czy jakiekolwiek rekordy tu chodzi. Rok temu m.in. na ręce Prezydentów Gdańska, Gdyni i Sopotu organizatorzy złożyli propozycję planu uczynienia tych miast bardziej przyjaznym rowerzystom. Niektórzy niemal całkowicie zignorowali te propozycje, inni podjęli dyskusję, jeszcze inni uznali zasadność wielu zgłoszonych postulatów. Chwała rowerzystom, że udało im się – m.in. takimi działaniami - zmusić wielu samorządowców do konkretnych działań na rzecz ułatwień dla ruchu rowerowego. Dlatego było mi zwyczajnie wstyd, że nieobecny na tym rowerowym spotkaniu Prezydent Sopotu, został „odznaczony” przy tej okazji przez Forum Organizacji Rowerowej Pomorza „Zardzewiałą Szprychą” . Takie, niezbyt zaszczytne wyróżnienie przyznano, po raz pierwszy, za niekorzystne działania w zakresie rozwoju komunikacji rowerowej. Prezydent Sopotu otrzymał je za niezrealizowanie większości postulatów rowerowych z ubiegłego roku oraz za wiele nieprzyjaznych dla rowerzystów realizacji. Nie powinno zatem dziwić, iż - pomimo zaproszenia, prezydent nie wziął udziału w Wielkim Przejeździe Rowerowym. Niestety, też odnoszę wrażenie, że Sopot – pomimo tego, że kiedyś był pionierem w zakresie ścieżek rowerowych powoli staje się miejscem nie do końca rowerzystom przyjaznym. A że może być jednak inaczej, dowodzi przykład innego samorządowca, burmistrza Redy, który na pikniku cyklistów pod Ergo Areną odebrał "Złotą Szprychę" - nagrodę za szczególny wkład w rozwój infrastruktury dla rowerów. Przyznana ona została m.in. za dopuszczenie dwukierunkowego ruchu rowerów na wszystkich ulicach jednokierunkowych w mieście. Minie jeszcze zapewne sporo czasu, zanim dogonimy rowerowe standardy skandynawskie czy holenderskie. Ale na pewno warto się z pokorą pochylić nad pomysłami tych, dla których rower jest codziennym środkiem komunikacji. Zwłaszcza w takim miejscu jak pretendujący do miana uzdrowiskowej perły Sopot, gdzie ekologiczny środek transportu powinien być – z oczywistych powodów – preferowany. Czy do zrozumienia tej prostej prawdy trzeba aż rewolucyjnego zrywu rowerzystów?
Wojciech Fułek
Rewolucja zjada własne dzieci
Nie mieszkając od dłuższego czasu w Trójmieście mogę tylko z daleka oceniać rozwój infrastruktury rowerowej. Z autopsji znam tylko rozwój takowej w Poznaniu i Warszawie, gdzie raczej nie ma się czym chwalić. Co prawda nowe drogi są budowane już z myślą o rowerzystach, ale cały czas jest to kropla w morzu potrzeb. Jazdę w mieście rzadko można określić jako komfortową.
Ale rewolucja toczy się po swojemu i liczba „skołowanych” cały czas rośnie. Warszawski rower miejski bije rekordy popularności, których nikt nie przewidywał – ostatnio było to 15 tys. wypożyczeń dziennie, a kiedy słyszę o takich inicjatywach jak ta trójmiejska, to doprawdy mam wrażenie, że „rośniemy w siłę”. Niestety ten rozwój nie napawa mnie bezgranicznym optymizmem, wręcz przeciwnie – coraz bardziej zaczynam się bać.
Z tych dwóch zjawisk – braku infrastruktury i rosnącej liczby rowerzystów wyrasta bardzo poważny problem braku teoretycznego przygotowania rowerzystów do udziału w ruchu drogowym. Problem jest na razie odkładany na półkę i ignorowany, ale sam nie zniknie, a raczej nasili się. Karta rowerowa co prawda jeszcze istnieje, ale nie znam nikogo, kto by się nią zainteresował – po co, skoro do niczego nie jest potrzebna? Nie potrzeba żadnej znajomości przepisów, żeby móc jeździć. Każdy może wsiąść na rower i jechać – proste jak konstrukcja cepa. I każdy wsiada.
Z tych dwóch zjawisk – braku infrastruktury i rosnącej liczby rowerzystów wyrasta bardzo poważny problem braku teoretycznego przygotowania rowerzystów do udziału w ruchu drogowym. Problem jest na razie odkładany na półkę i ignorowany, ale sam nie zniknie, a raczej nasili się. Karta rowerowa co prawda jeszcze istnieje, ale nie znam nikogo, kto by się nią zainteresował – po co, skoro do niczego nie jest potrzebna? Nie potrzeba żadnej znajomości przepisów, żeby móc jeździć. Każdy może wsiąść na rower i jechać – proste jak konstrukcja cepa. I każdy wsiada.
Na chodnikach rowerzyści jeździć nie mogą, ale jeżdżą. Na drogach mogą, ale nie umieją. I nigdzie poza ścieżkami nie są mile widziani. To sprawia, że jak już gdzieś jeżdżą to robią to zgodnie z prawem spisanym sobie ad hoc na kolanie. Ulica jednokierunkowa? A wjadę sobie, bo na rowerze się nie liczy. Skrzyżowanie? A zjadę z ulicy i pojadę po pasach, wrócę sobie z drugiej strony. Chcę skręcić? To skręcam – po co informować o tym innych. I tak dalej – przypadki ignorancji przepisowej można by mnożyć. Nie dziwię się kierowcom, że się denerwują, a pieszym, że się boją, skoro rowerzyści robią wszystko, co im się tylko żywnie podoba, za nic mając innych uczestników ruchu. Trochę ciężko w takim klimacie wymagać zrozumienia dla rowerowych racji.
Piszę z perspektywy rowerzysty, który codziennie porusza się po mieście. Mnie też denerwują nieczuli kierowcy i piesi chodzący po ścieżkach rowerowych, ale nic nie usprawiedliwia anarchii w wykonaniu co bardziej bezczelnych rowerzystów. Już samo sygnalizowanie skrętu wydaje się dla większości za trudne.
Warto rozwijać infrastrukturę rowerową w miastach, ale warto też zabrać się za edukację. Inaczej ta wielka rewolucja rowerowa pochłonie paru bezmyślnych rowerzystów, którzy sami komuś wjadą pod koła.
Tadeusz Fułek
