REKLAMA
Małe ojczyzny, wielkie tęsknoty…
To moje miasto, to moje miejsce na ziemi, którego nie zamieniłbym na żadne inne. Wciąż nie mogę się od Sopotu uwolnić, choć czasami staje się to przekleństwem, zwłaszcza, kiedy przepycham się w weekendowy wieczór przez reprezentacyjny deptak, zapchany nadmiarem chętnych do plastikowo-tandetnego lansu. Czy naprawdę tak musi dziś wyglądać centrum miasta z aspiracjami do miana prestiżowego kurortu? Czy na pewno nie ma innej drogi?
Czy Polacy wciąż nieodmiennie kochają swoje małe ojczyzny tą samą dozgonną miłością, jak kiedyś? Czy dziś, kiedy świat skurczył się wręcz na naszych oczach do rozmiarów smartfona, jest jeszcze miejsce i czas na takie lokalne sentymenty oraz wspomnienia z dzieciństwa? To oczywiście pytanie nieco prowokacyjne, zwłaszcza dla tych, którzy wzdychają do czasów swoich zabaw na podwórkowym trzepaku czy dziecięcych gier w klipę, palanta czy wyścig pokoju. Czas dzieciństwa to czas bezpieczny, w którym wszystko jest możliwe, a wyobraźnię ogranicza jedynie najbliższy kwartał ulic wokół rodzinnego domu. To czas zatrzymany, bo „wspomnienia nigdy się nie starzeją”. I tylko z wiekiem wracamy coraz częściej do dni i miejsc, które nas ukształtowały. Do ludzi, którzy nas ulepili – ze swoich własnych tęsknot i marzeń. Do rodziców, dziadków, ale i szkolnych przyjaciół, pierwszych miłości i fascynacji. Do wszystkiego, co nas stworzyło – takimi, jakimi dziś jesteśmy, z wszystkim zaletami i wadami.
Miałem to szczęście urodzić się w mieście, które miało swoje tajemnice i karmiło mnie nimi przez lata. To niewyczerpane pokłady historycznego dziedzictwa oraz barwnych opowieści o ludziach i miejscach. Do dziś karmię się tym bogactwem, pisząc kolejne teksty i ksiązki. Sopot to dla mnie miejsce magiczne, szczególne, wyjątkowe. To Mój Sopot, bo każdy przecież ma inny – taki, na jaki sam zasłużył.
Mój kolega, z którym „pościmy sobie” na odległość w wirtualnej rzeczywistości, Artur Sikorski, napisał niedawno swoje własne wyznanie miłości do stolicy pod hasłem „Lubię Warszawę”. Ja bezpruderyjnie oświadczę (nie po raz pierwszy, zresztą), że kocham Sopot. Za smaki dzieciństwa, daleką linię horyzontu, rozgrzany piasek plaży latem i lodowe kry zimą. Za watę cukrową, wodę z sokiem z ulicznego saturatora, lody od Włocha, słony smak morskiej bryzy. Za wszystko. To miłość na całe życie – nieuleczalna i nieokiełznana. Arturowi nieco zazdroszczę, że potrafił oswoić dla siebie inne miejsce, zwłaszcza tak nieprzyjazne dla przyjezdnych (a przynajmniej takie sprawia wrażenie), jak Warszawa. Nie wiem bowiem, czy potrafiłbym zapuścić korzenie w innym miejscu, niż Mój Sopot. Zresztą po co, skoro oswajałem go przez całe życie? Sztuki oswajania, czyli „stwarzania więzów” uczyłem się bezpośrednio od Małego Księcia. Dziś już wiem, że te więzy są nierozerwalne. Po co miałbym je zresztą zrywać, skoro tylko w swojej sopockiej klatce czuję się u siebie?
I sam już nie wiem, czy na pewno miał rację Edward Stachura, kiedy przekonywał, że „miłości nasze są tam, gdzie nie ma nas”…
Miałem to szczęście urodzić się w mieście, które miało swoje tajemnice i karmiło mnie nimi przez lata. To niewyczerpane pokłady historycznego dziedzictwa oraz barwnych opowieści o ludziach i miejscach. Do dziś karmię się tym bogactwem, pisząc kolejne teksty i ksiązki. Sopot to dla mnie miejsce magiczne, szczególne, wyjątkowe. To Mój Sopot, bo każdy przecież ma inny – taki, na jaki sam zasłużył.
Mój kolega, z którym „pościmy sobie” na odległość w wirtualnej rzeczywistości, Artur Sikorski, napisał niedawno swoje własne wyznanie miłości do stolicy pod hasłem „Lubię Warszawę”. Ja bezpruderyjnie oświadczę (nie po raz pierwszy, zresztą), że kocham Sopot. Za smaki dzieciństwa, daleką linię horyzontu, rozgrzany piasek plaży latem i lodowe kry zimą. Za watę cukrową, wodę z sokiem z ulicznego saturatora, lody od Włocha, słony smak morskiej bryzy. Za wszystko. To miłość na całe życie – nieuleczalna i nieokiełznana. Arturowi nieco zazdroszczę, że potrafił oswoić dla siebie inne miejsce, zwłaszcza tak nieprzyjazne dla przyjezdnych (a przynajmniej takie sprawia wrażenie), jak Warszawa. Nie wiem bowiem, czy potrafiłbym zapuścić korzenie w innym miejscu, niż Mój Sopot. Zresztą po co, skoro oswajałem go przez całe życie? Sztuki oswajania, czyli „stwarzania więzów” uczyłem się bezpośrednio od Małego Księcia. Dziś już wiem, że te więzy są nierozerwalne. Po co miałbym je zresztą zrywać, skoro tylko w swojej sopockiej klatce czuję się u siebie?
I sam już nie wiem, czy na pewno miał rację Edward Stachura, kiedy przekonywał, że „miłości nasze są tam, gdzie nie ma nas”…
Wojciech Fułek
Piękne okoliczności przyrody
Piękne okoliczności przyrody
Osobiście sentymentalizmu staram się nie wyznawać i trzymam się z daleka od wszelkich jego przejawów. Także w stosunku do miejsc tak czy inaczej powiązanych. Wyjechałem z Sopotu na studia do Poznania. Z Poznania wyjechałem na jakiś czas do Wrocławia. Po studiach wyjechałem do Warszawy. Wszystko po to, aby nie zakrzepnąć w jednym miejscu i nie zmarnować szans. Czy to się sprawdza? I tak i nie.
Do Sopotu po rodzinę wracam, po to żeby móc sobie po plaży pobiegać, ale długo tam nie wytrzymam, bo to nie jest miasto dla ludzi w moim wieku, a coraz bardziej przestaje też być miejsce w ogóle dla ludzi. Krótko mówiąc – nie sprawdza się. Do Poznania wracam, bo tam mam wszystkich znajomych i tam czuję się najbardziej „u siebie”. Miasto co prawda młodym średnio sprzyja, jest dość brutalne i nieokrzesane, ale tam cały czas wracam. Do Wrocławia nie wracam, chyba że muszę. Nie przepadam.
Warszawa da się lubić, bardzo wzrosła jej „polubiejność” ostatnimi laty podobno. Zawdzięcza to z pewnością energii swoich mieszkańców, którzy robią miliard rzeczy naraz i jeszcze znajdują czas na nowe. Ale w Warszawie cały czas czuję się przejazdem.
Z małej ojczyzny, to mi niewiele pozostało. Sopot nie jest takim Sopotem, jak był kiedyś i zmienia się na gorsze. Zmienia się w miasto, które niezbyt daje się lubić. Poza Muzeum Sopotu i kamienicami to w Sopocie coraz mniej Haffnera i starego uroku, a coraz więcej siermiężnej nadbałtyckiej kurortowości z betonu.
W żadnym innym mieście nie zagłębiałem się w historię, nie poznawałem losów ojców założycieli, nie dowiadywałem się kto, kiedy i dlaczego. Warszawa tą swoją powstańczą historię wpycha ludziom do gardła, więc trudno jej nie znać, ale patrzę na to cały czas z perspektywy ogólnopolskiej. Gdzie indziej tylko chodziłem i oglądałem i wiem tyle, co usłyszałem – jeśli mieszkańcy tym nie żyli, to nie wiem, co działo się tam wcześniej.
Nie pałam więc w tej chwili do żadnego miasta żarliwą miłością, ponieważ nie mam zamiaru rozdawać jej za darmo. To że się urodziłem tu, a nie gdzie indziej, albo że mieszkam akurat tutaj nie jest wystarczającym powodem. I piszę te słowa na ulicy Krzywe Koło na warszawskim Starym Mieście. Bardziej historycznie i zabytkowo się chyba nie da.
Nie wiem zresztą, czy sens jest szukać jakiejś ograniczonej geograficznymi więzami ojczyzny. Miasta to ludzie. Miasta bez ludzi są nudne po jednym dniu. Tak jak i Polskę kocham za ludzi, za to jacy są i nie są, za to jak mówią, a nie za to że leży nad Wisłą między Tatrami a Bałtykiem. Wisła to zbyt czysta nie jest i niespecjalnie rozbudza we mnie jakieś romantyczne uczucia. Pewnie, że w pewnych okolicznościach przyrody mieszka się przyjemniej niż w innych, ale to już wartość dodana.
Do Sopotu po rodzinę wracam, po to żeby móc sobie po plaży pobiegać, ale długo tam nie wytrzymam, bo to nie jest miasto dla ludzi w moim wieku, a coraz bardziej przestaje też być miejsce w ogóle dla ludzi. Krótko mówiąc – nie sprawdza się. Do Poznania wracam, bo tam mam wszystkich znajomych i tam czuję się najbardziej „u siebie”. Miasto co prawda młodym średnio sprzyja, jest dość brutalne i nieokrzesane, ale tam cały czas wracam. Do Wrocławia nie wracam, chyba że muszę. Nie przepadam.
Warszawa da się lubić, bardzo wzrosła jej „polubiejność” ostatnimi laty podobno. Zawdzięcza to z pewnością energii swoich mieszkańców, którzy robią miliard rzeczy naraz i jeszcze znajdują czas na nowe. Ale w Warszawie cały czas czuję się przejazdem.
Z małej ojczyzny, to mi niewiele pozostało. Sopot nie jest takim Sopotem, jak był kiedyś i zmienia się na gorsze. Zmienia się w miasto, które niezbyt daje się lubić. Poza Muzeum Sopotu i kamienicami to w Sopocie coraz mniej Haffnera i starego uroku, a coraz więcej siermiężnej nadbałtyckiej kurortowości z betonu.
W żadnym innym mieście nie zagłębiałem się w historię, nie poznawałem losów ojców założycieli, nie dowiadywałem się kto, kiedy i dlaczego. Warszawa tą swoją powstańczą historię wpycha ludziom do gardła, więc trudno jej nie znać, ale patrzę na to cały czas z perspektywy ogólnopolskiej. Gdzie indziej tylko chodziłem i oglądałem i wiem tyle, co usłyszałem – jeśli mieszkańcy tym nie żyli, to nie wiem, co działo się tam wcześniej.
Nie pałam więc w tej chwili do żadnego miasta żarliwą miłością, ponieważ nie mam zamiaru rozdawać jej za darmo. To że się urodziłem tu, a nie gdzie indziej, albo że mieszkam akurat tutaj nie jest wystarczającym powodem. I piszę te słowa na ulicy Krzywe Koło na warszawskim Starym Mieście. Bardziej historycznie i zabytkowo się chyba nie da.
Nie wiem zresztą, czy sens jest szukać jakiejś ograniczonej geograficznymi więzami ojczyzny. Miasta to ludzie. Miasta bez ludzi są nudne po jednym dniu. Tak jak i Polskę kocham za ludzi, za to jacy są i nie są, za to jak mówią, a nie za to że leży nad Wisłą między Tatrami a Bałtykiem. Wisła to zbyt czysta nie jest i niespecjalnie rozbudza we mnie jakieś romantyczne uczucia. Pewnie, że w pewnych okolicznościach przyrody mieszka się przyjemniej niż w innych, ale to już wartość dodana.
Tadeusz Fulek
