Musical „Hair”, który narodził się w roku 1967 jako dziecko i spadkobierca amerykańskiej fali kontrkultury lat 60, zrewolucjonizował nie tylko scenę musicalową, ale stanowił pewien symbol ruchu hippisowskiego. Czy dzisiaj znajdzie się taki film i taki ruch?
REKLAMA
Polskim odpowiednikiem "Hair" (bardziej w formie, bo w treści cenzura za bardzo by na to nie pozwoliła) była rock-opera „Naga”. Ale atrybuty były podobne: długie włosy, koraliki, dżinsy, pacyfki, poczucie wspólnoty pokoleniowej, niezgoda na otaczającą rzeczywistość i hasło „Nie wierz nikomu powyżej 30-tki”. Ja też nosiłem wtedy długie włosy, spodnie-dzwony, t-shirty z pacyfką i słuchałem z zapamiętaniem muzyki spod znaku „flower power”. Nie zaliczałem się jednak nigdy do polskiego ruchu hippisowskiego i z pewnym dystansem patrzyłem na sopockie letnie zloty hippisów. Może byłem na to jeszcze zbyt niedojrzały, bo młodszy o dobre kilka lat od pokolenia mojego śpiewającego przyjaciela, Marka Gałązki, który zachował w sobie do dziś mentalność i ufność generacji dzieci-kwiatów? Nie znałem też wtedy jeszcze ani manifestu poetyckiego Allana Ginsberga ani prozy Jacka Kerouca. Pamiętam jednak swój niekłamany zachwyt nad płytą „Blues-Breakout”, zdjęciem długowłosego Tadka Nalepy, który był – w pewnym sensie – polskim symbolem rockowego buntu. Pamiętam też długie dywagacje na temat tekstu piosenki „Na drugim brzegu tęczy”, w której doszukiwano się odniesienia do narkotycznych wizji. Moja pierwsza wizyta – turystyczna – w kopenhaskiej Christianii (nielegalnej wspólnocie hippisów, którzy zajęli opuszczone koszary) była ogromnym szokiem kulturowym. Byłem jednak również świadkiem, jak narkotyki wciągnęły kilku moich licealnych przyjaciół i zupełnie zdemolowały im życie. Może stąd też ten mój ówczesny dystans do hippisowskich ideałów i filozofii? Mimo, iż tak samo jak oni buntowałem się wtedy przeciw osaczającym młode pokolenie ograniczeniom, konwenansom, zakazom i nakazom.
Kamil Sipowicz kilka lat temu podjął próbę monografii tego zjawiska w książce „Hippisi w PRL-u”. Nie wiem, na ile wyczerpującą, ale na pewno pionierską, za co mu chwała. Ale ja zastanawiam się, co w dzisiejszych czasach jest (może być) odpowiednikiem hippisowskiej ideologii i co w nas, postarzałych o kilkadziesiąt lat, pozostało z powiewu kontrkulturowej wolności i buntu. I jeśli nawet większość symboli tej ideologii skomercjalizowała się, a koraliki i pacyfistyczne breloczki kupują dziś koloniści jako pamiątkę z wakacji, to jednak mam nadzieję, że wiara w ideały i niezgoda na konformizm towarzyszą nam nadal. Kto je podsyca zatem dziś, kiedy „prawdziwych hippisów już nie ma”?
Mam nieodparte wrażenie, że dawne ideały dzieci-kwiatów przejęły różnego rodzaju akcje i ruchy obywatelskie, nie zawsze zresztą sformalizowane. Oczywiście, zawsze łatwiej gromadzić przeciwników niż zwolenników, ale przecież z jakiego powodu palono karty powołania do amerykańskiej armii, czyniąc z tego publiczną demonstrację sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie? Ruch „flower Power”, założenia apolityczny, musiał się przecież odnieść również do zjawisk politycznych. Może będzie pewnym nadużyciem to porównanie, ale w rozmaitych akcjach protestu i sprzeciwu lokalnych społeczności widzę dziedzictwo trochę naiwnej, ale szczerej hippisowskiej filozofii buntu. Bo – jakby nie oceniać po latach – hippisi to prekursorzy późniejszych rewolucjonistów i kontestatorów. My też z obserwujemy w ostatnich latach wyraźne przebudzenie się społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju. Od ruchów ekologicznych, poprzez pojedyncze akcje protestu, inicjatywy referendalne (póki nie przyłączą się do nich politycy) po lokalne stowarzyszenia i ruchy obywatelskie. Może to zresztą dopiero początek prawdziwej obywatelskiej rewolucji nie w obyczajach, ale w świadomości społecznej?
Kamil Sipowicz kilka lat temu podjął próbę monografii tego zjawiska w książce „Hippisi w PRL-u”. Nie wiem, na ile wyczerpującą, ale na pewno pionierską, za co mu chwała. Ale ja zastanawiam się, co w dzisiejszych czasach jest (może być) odpowiednikiem hippisowskiej ideologii i co w nas, postarzałych o kilkadziesiąt lat, pozostało z powiewu kontrkulturowej wolności i buntu. I jeśli nawet większość symboli tej ideologii skomercjalizowała się, a koraliki i pacyfistyczne breloczki kupują dziś koloniści jako pamiątkę z wakacji, to jednak mam nadzieję, że wiara w ideały i niezgoda na konformizm towarzyszą nam nadal. Kto je podsyca zatem dziś, kiedy „prawdziwych hippisów już nie ma”?
Mam nieodparte wrażenie, że dawne ideały dzieci-kwiatów przejęły różnego rodzaju akcje i ruchy obywatelskie, nie zawsze zresztą sformalizowane. Oczywiście, zawsze łatwiej gromadzić przeciwników niż zwolenników, ale przecież z jakiego powodu palono karty powołania do amerykańskiej armii, czyniąc z tego publiczną demonstrację sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie? Ruch „flower Power”, założenia apolityczny, musiał się przecież odnieść również do zjawisk politycznych. Może będzie pewnym nadużyciem to porównanie, ale w rozmaitych akcjach protestu i sprzeciwu lokalnych społeczności widzę dziedzictwo trochę naiwnej, ale szczerej hippisowskiej filozofii buntu. Bo – jakby nie oceniać po latach – hippisi to prekursorzy późniejszych rewolucjonistów i kontestatorów. My też z obserwujemy w ostatnich latach wyraźne przebudzenie się społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju. Od ruchów ekologicznych, poprzez pojedyncze akcje protestu, inicjatywy referendalne (póki nie przyłączą się do nich politycy) po lokalne stowarzyszenia i ruchy obywatelskie. Może to zresztą dopiero początek prawdziwej obywatelskiej rewolucji nie w obyczajach, ale w świadomości społecznej?
Wojciech Fułek
Wkurw we włosach
Cóż, nie jesteśmy jeszcze krajem pierwszego świata. Może krajem półtora świata, ale nie pierwszego. Gdybyśmy byli, to to, o czym piszesz, czyli ruchy obywatelskie, oddolne, akcje protestacyjne – to wszystko byłoby normalnym narzędziem wszystkich obywateli, a nie dziwnym zachowaniem społeczników, którym „nie wiadomo o co chodzi”. Tak się złożyło, że internet napędza i przyspiesza takie zachowania, więc łatwiej je dzisiaj podejmować. Tak się też złożyło, że pokryzysowy świat wymaga naprawy, z czego zdają sobie sprawę wszyscy, więc kontestacja jest wskazana. Ale to nie nowy świat. To nie burzenie zastanego porządku i tworzenie nowego ładu. To tylko próba wprowadzenia koniecznych zmian, bo bez nich nie będzie nawet do czego wracać. Na razie to ziemia XX wieku, wersja 1.2, a nie pełnoprawna kolejna edycja.
Kontestacji tato chcesz? Buntu? Szukania własnej drogi? Nie do końca wiem, czego wymagasz, bo też w tym momencie nie do końca wiem, co mają reprezentować hippisi. Nie wierzę, byś docenił prawdziwy bunt, uznając go za chuligański wybryk. Kontestację a'la hippisowską zbyjesz machnięciem ręki i rzuconym przez ramię „to już było”, jak to robiłeś z każdą nową muzyką, którą przynosiłem. Wzory hippisowskie teoretycznie Wy już wcielaliście w życie, więc co dalej my mamy robić?
Powiedzieliście naszemu pokoleniu „róbcie wszystko” - uczcie się, studiujcie, doznawajcie, poznawajcie, spełniajcie się. My się angielskiego nauczyliśmy, zajęcia pozalekcyjne odbębniliśmy, świat zjeździliśmy, a teraz pytam: „wszystko, czyli co konkretnie mam dalej robić?” Wzorem hippisowskim kontestować komercyjny styl życia? Konsumpcjonizmu unikać? Hołdować wolnej miłości? Palić kartę powołania do wojska? W tej chwili każdy jest takim pokazowym kontestatorem komercyjnego stylu życia, że klękajcie narody. Na konsumpcjonizm nas nie stać, chyba że dacie nam na lody i kino. Wolną miłość to mamy na plakatach, w TV i w internecie więcej niż można by przetrawić, zresztą z tyloma rzeczami na głowie trudno myśleć o jakiejkolwiek miłości. A do wojska i tak już nikt nas nie chce.
Zabawne, że teraz o tym piszesz. Obejrzałem właśnie film bardzo na czasie, który przekazuje przysłowiową „prawdę pokolenia”. Gorąco Ci polecam, też tam fikają do rytmu – prawie jak „Hair”. „Frances Ha” to obraz o zagubionej 27-letniej tancerce, która nie ma pojęcia co ma robić z życiem i chwyta się każdego nowego doświadczenia w nadziei, że to ją dokądś doprowadzi, ale zawsze kończy się w tym samym miejscu, czyli nigdzie. Film jest bardzo pogodny i ciepły, ale niepotrzebnie obdarzony pozytywnym zakończeniem. Bo tak naprawdę, to pokolenie nie skończy się dobrze. Śmiałem się z dowcipów, przeglądałem się w filmie jak w lustrze, ale z kina wyszedłem przybity. Nie bardzo wierzę, że kiedykolwiek odnajdziemy swoja powołanie, cały czas mając w tyle głowy uporczywe wolnomyślicielstwo: „rób coś, w czym się będziesz spełniał w 100%, kochaj tylko jeśli jesteś pewny”. Wbito nam do głów, że tylko i wyłącznie 100%, a wszystko inne to tylko przystanek na drodze, nie dając jednocześnie mandatu do zmieniania świata. Więc pytam się Ciebie, tato, jakiego buntu oczekujecie, jeśli wychowywaliście nas mówiąc, że „historia się skończyła” i „teraz możecie być szczęśliwi i robić, co tylko Wam się podoba”, a kiedy do pełnoletności się dopchaliśmy, mówicie „Ups, kryzys” i „25% bezrobocie wśród ludzi po studiach”, więc w sumie nie ma miejsca na taki raj, jaki obiecywano.
Mówisz Hippisi i „flower power” z łezką w oku i mitologizujesz lata 60-te, ale chciałbym Ci przypomnieć, że, przysłowiowo oczywiście, teraz „stoisz tam, gdzie wtedy stało ZOMO”. Czyli to Ty masz teraz 50 lat i to przez Wasze pokolenie tworzony świat skręca się teraz w ogniu krytyki. Wątpię więc, że jakakolwiek rewolta młodych Ci się spodoba. Bo rewolta jeszcze przyjdzie – nie oczekuj, że mieszanka przesadzonych obietnic i gorzkiej rzeczywistości, wyjdzie Wam na dobre. Wiele rzeczy się zmieniło, ale jedna chyba pozostała na czasie – hasło „nie ufaj nikomu po 30-tce” brzmi dzisiaj równie prawdziwie, co pół wieku temu.
Kontestacji tato chcesz? Buntu? Szukania własnej drogi? Nie do końca wiem, czego wymagasz, bo też w tym momencie nie do końca wiem, co mają reprezentować hippisi. Nie wierzę, byś docenił prawdziwy bunt, uznając go za chuligański wybryk. Kontestację a'la hippisowską zbyjesz machnięciem ręki i rzuconym przez ramię „to już było”, jak to robiłeś z każdą nową muzyką, którą przynosiłem. Wzory hippisowskie teoretycznie Wy już wcielaliście w życie, więc co dalej my mamy robić?
Powiedzieliście naszemu pokoleniu „róbcie wszystko” - uczcie się, studiujcie, doznawajcie, poznawajcie, spełniajcie się. My się angielskiego nauczyliśmy, zajęcia pozalekcyjne odbębniliśmy, świat zjeździliśmy, a teraz pytam: „wszystko, czyli co konkretnie mam dalej robić?” Wzorem hippisowskim kontestować komercyjny styl życia? Konsumpcjonizmu unikać? Hołdować wolnej miłości? Palić kartę powołania do wojska? W tej chwili każdy jest takim pokazowym kontestatorem komercyjnego stylu życia, że klękajcie narody. Na konsumpcjonizm nas nie stać, chyba że dacie nam na lody i kino. Wolną miłość to mamy na plakatach, w TV i w internecie więcej niż można by przetrawić, zresztą z tyloma rzeczami na głowie trudno myśleć o jakiejkolwiek miłości. A do wojska i tak już nikt nas nie chce.
Zabawne, że teraz o tym piszesz. Obejrzałem właśnie film bardzo na czasie, który przekazuje przysłowiową „prawdę pokolenia”. Gorąco Ci polecam, też tam fikają do rytmu – prawie jak „Hair”. „Frances Ha” to obraz o zagubionej 27-letniej tancerce, która nie ma pojęcia co ma robić z życiem i chwyta się każdego nowego doświadczenia w nadziei, że to ją dokądś doprowadzi, ale zawsze kończy się w tym samym miejscu, czyli nigdzie. Film jest bardzo pogodny i ciepły, ale niepotrzebnie obdarzony pozytywnym zakończeniem. Bo tak naprawdę, to pokolenie nie skończy się dobrze. Śmiałem się z dowcipów, przeglądałem się w filmie jak w lustrze, ale z kina wyszedłem przybity. Nie bardzo wierzę, że kiedykolwiek odnajdziemy swoja powołanie, cały czas mając w tyle głowy uporczywe wolnomyślicielstwo: „rób coś, w czym się będziesz spełniał w 100%, kochaj tylko jeśli jesteś pewny”. Wbito nam do głów, że tylko i wyłącznie 100%, a wszystko inne to tylko przystanek na drodze, nie dając jednocześnie mandatu do zmieniania świata. Więc pytam się Ciebie, tato, jakiego buntu oczekujecie, jeśli wychowywaliście nas mówiąc, że „historia się skończyła” i „teraz możecie być szczęśliwi i robić, co tylko Wam się podoba”, a kiedy do pełnoletności się dopchaliśmy, mówicie „Ups, kryzys” i „25% bezrobocie wśród ludzi po studiach”, więc w sumie nie ma miejsca na taki raj, jaki obiecywano.
Mówisz Hippisi i „flower power” z łezką w oku i mitologizujesz lata 60-te, ale chciałbym Ci przypomnieć, że, przysłowiowo oczywiście, teraz „stoisz tam, gdzie wtedy stało ZOMO”. Czyli to Ty masz teraz 50 lat i to przez Wasze pokolenie tworzony świat skręca się teraz w ogniu krytyki. Wątpię więc, że jakakolwiek rewolta młodych Ci się spodoba. Bo rewolta jeszcze przyjdzie – nie oczekuj, że mieszanka przesadzonych obietnic i gorzkiej rzeczywistości, wyjdzie Wam na dobre. Wiele rzeczy się zmieniło, ale jedna chyba pozostała na czasie – hasło „nie ufaj nikomu po 30-tce” brzmi dzisiaj równie prawdziwie, co pół wieku temu.
Tadeusz Fułek. Lat 26
