REKLAMA
Demokracja instrumentalna?
Nic mnie tak mnie wyprowadza z równowagi, jak hipokryzja i podwójne standardy polityczne. Podwójne, bo inne dla „naszych” i „obcych”. Jestem dużym chłopcem i pewnie nie powinienem się dziwić zjawiskom, które w politykę są wpisane w pewnym sensie jako „grzech pierwoworodny”, ale jakoś nie mogę przejść na takimi „oczywistymi oczywistościami” do porządku dziennego. Ale jeszcze bardziej zadziwiają mnie ewidentnie stronnicze komentarze dziennikarskie. Dlatego jeszcze raz wracam synu, do naszej niegdysiejszej polemiki na tematy referendalne.
Otóż coraz bardziej okazuje się, że są referenda „słuszne” i „niesłuszne”, w zależności od tego, czego dotyczą i kto do nich nawołuje. I że biedny, otumaniony lud się w tej skomplikowanej materii łatwo może pogubić, zatem potrzebne są mu świetliste drogowskazy i jedynie słuszne regulacje. Ponieważ przykład Elbląga zadziałał jako ewidentny straszak, dlatego nie dziwię się nawet, że zarówno Premier, jak i Prezydent RP ruszyli do boju, nawołując wprost do bojkotu referendum w Warszawie. Wspomagają ich w tym dość bezkrytycznie dziennikarze, powtarzając wręcz dosłownie argumentację polityków PO.
Janina Paradowska w „Polityce” ogłasza nawet, że „wezwanie Premiera jest uzasadnione”. Dlaczego? „Bo niska frekwencja sprawi, że polityczna awantura (…) się nie uda”. A ja, głupi, z wrodzoną sobie naiwnością myślałem, że chodzi jednak o to, że to mieszkańcy sami mają ocenić swojego włodarza, wystawiając mu we ten sposób laurkę lub wręczając żółtą albo wręcz czerwoną kartkę. Oczywiście, że każde referendum ma swój wymiar polityczny, zwłaszcza w polskiej samorządowej rzeczywistości, niestety wyraźnie zawłaszczonej przez partie. Rozumiem też, że w polityce (także tej lokalnej) liczą się skuteczność oraz zakulisowe gry interesów, ale – jako długoletni samorządowiec bez jakiejkolwiek partyjnej przynależności - nie jestem w stanie zaakceptować metody „cel uświęca środki”.
Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą lokalnego referendum jako metody walki politycznej, ale uznaję jej znaczenie jako ważnego aktu woli lokalnej społeczności. Bo zarówno Prezydent Bronisław Komorowski, Premier Donald Tusk, Janina Paradowska i wielu krytykujących „referendalne awantury” zapominają w swoich zapędach o najważniejszym: w ostatecznym rozrachunku mniej liczy się, kto był inicjatorem i organizatorem akcji referendalnej, ale jak zareagowali na nią mieszkańcy. To właśnie ich głos liczy się najbardziej i powinien być wysłuchany z pokorą przez wszystkich zainteresowanych.
Nawoływanie do bojkotu referendum przez osoby piastujące najwyższe urzędy w państwie stanowi zaś z pewnością zaprzeczenie idei obywatelskiej demokracji, nawet jeśli ma ona swoje ewidentne wady i ułomności. A pomysł Prezydenta, żeby w jednych sprawach minimalny próg wymaganej frekwencji w referendum obniżyć, ale w odniesieniu do odwołania burmistrza czy prezydenta – zdecydowanie podwyższyć (aż o 40%!) – to moim zdaniem nie tylko nieporozumienie, ale wręcz podważenie sensu aktywności mieszkańców w tej materii i praktycznie odebranie im możliwości odwołania swojego włodarza przed końcem kadencji.
Jakoś nie słyszałem takich propozycji w poprzedniej kadencji, kiedy lokalne referenda nie zagrażały politykom PO. Instrumentalizacja prawa i nawoływanie do bojkotu referendum odbieram w związku z tym jako akt pewnej desperackiej obrony swoich partyjnych funkcjonariuszy i „strefy wpływów” swojego ugrupowania. To smutne, ale jako duży chłopiec mogłem się jednak tego spodziewać…
Wojciech Fułek

Demokracja realna
Cóż, mnie takie zagrywki niespecjalnie dziwią. Z definicji nie ufam zbytnio ugrupowaniom i zgromadzeniom większym niż parę osób. Partie są takimi samymi instytucjami, co wielkie korporacje, tylko na początku jeszcze się łudzą. Liczy się cel formułowany przez tych na górze. A my wierzymy i wierzyć chcemy, że oni wiedza lepiej. Ale starajmy się nie być naiwni – oglądamy sobie kolejne sezony „Gry o Tron” i można by sobie wbić już do głowy, że historię zawsze piszą zwycięzcy.
Odnoszę wrażenie tato, że większą naiwnością niż wiara w to, że rządzący z uśmiechem i bez przeszkód pozwolą wyborcom iść do urn, jest wiara, że to referendum jest przejawem woli ludu. Jest to od początku do końca inicjatywa polityczną nakręcana przez szeroki front sprzeciwu wobec władzy. Referendum jako instytucja idealna powinna być tubą wszystkich mieszkańców, więc to mieszkańcy powinni pozbierać podpisy pod referendum i potem zbiorowo je zanieść do urzędu. Ale w Warszawie głosy ludu niósł burmistrz Ursynowa Piotr Guział. Obok niego partie wyrywały sobie dosłownie kartony z podpisami, żeby pokazać, kto to ich więcej zgromadził, co zakrawało na tragikomedię. I w jaki sposób miał to być wyraz woli obywateli?
Możemy sobie szczytnie myśleć o wszelkich narzędziach dostępnych w zgodzie z prawem obywatelom jako o narzędziach ogólnodostępnych, po które zdenerwowany lud sięga, kiedy się zdenerwuje. Tak jednak nigdy nie jest – nie ma ludu, nie ma zdenerwowania i nie ma ręki, która miałaby sięgać – są tylko setki skłóconych ludzi, z których każdy myśli co innego. Jeśli jakiś śmiałek się znajdzie, któremu zechce się przejść przez mękę referendum (i który po drodze nie zbankrutuje) i jeśli do urn uda się odpowiednia ilość ludzi, to powiemy, że obalili rządzących. A tak naprawdę poszli tylko do urny między niedzielną mszą a obiadem.
W tym sensie każde referendum to akt polityczny – po prostu nie da się tego inaczej zrobić. Trzeba odważnego, który zbierze w sobie tyle energii, żeby narzucić swoją wolę innym albo podsycić w nich jakieś żądze, które tliły się tam wcześniej. Można też sobie poklikać like'i na facebooku i potem mówić, że internet się burzy.
Nie ma co się denerwować, że rządzącym hipokryzja przychodzi z taką lekkością, i że raczej nie będą skłonni do złożenia broni, kiedy ktoś im powie, że ich nie lubi. Przez całą karierę ktoś im mówi, że ich nie lubi, więc sobie zdążą wyhodować odporność. Rzecz w tym, żeby tak formułować prawo, aby wszystkie klocki się zgadzały – obywatele wyrazili swoje zdanie, politycy się dostosowali, a nieprawidłowości znikały. Tylko że czegoś takiego nikt jeszcze nie wymyślił i jesteśmy tak samo podatni na demagogiczne zapędy, co wcześniej. Więc chociaż nie okłamujmy się myśleniem, że świat jest sprawiedliwy. Oszczędzi to stresu i kilku siwych włosów.
Tadeusz Fułek