REKLAMA
Gwiazdy i gwizdy
Sopocki festiwal pochłonął znaczną część mojego zawodowego życia. Pracowałem przy jego organizacji jako organizator, rzecznik prasowy czy juror. Od 1985 roku, kiedy rozpocząłem swoją festiwalową przygodę, zmieniło się w naszym kraju niemal wszystko, od ustroju począwszy. Wtedy – obok stołecznej Sali Kongresowej – scena Opery Leśnej – była jedynym miejscem w kraju, gdzie można było spotkać większe czy mniejsze muzyczne gwiazdy, a na sierpniowy festiwal czekało się z niecierpliwością. Dziś scen festiwalowych przybyło, dla światowych gwiazd jesteśmy takim samym rynkiem, jak każdy inny, może nawet bardziej atrakcyjnym, a w koncertach zagranicznych wykonawców można uczestniczyć praktycznie niemal co tydzień. Z sentymentem spoglądam wstecz, ale zastanawiam się też, czy dawna festiwalowa formuła – w czasach wszechobecnych telewizyjnych talent-show - ma jeszcze sens i jako odpowiednio wykorzystać jej historię i międzynarodową renomę? Niektórzy uważają nawet, że na sopocki festiwal (festiwal?) nie ma już miejsca w dzisiejszej, rozpędzonej rzeczywistości. Ja jednak jestem przekonany, że ten najstarszy w tej części Europy przegląd festiwalowy nie tylko ma sens, ale wręcz grzechem byłoby nie kontynuować tradycji Bursztynowego Słowika, gdyż to rozpoznawalna marka i jednocześnie doskonała promocyjna trampolina dla miasta i Opery Leśnej. Wystarczający dowód to sprzedane na pniu bilety na tegoroczną edycję i wielomilionowa widownia telewizyjna. Nie wszystkim ta formuła musi odpowiadać, ale takie gwiazdy jako Amy MacDonald, Caro Emerald czy Imany – biorące udział w zmaganiach konkursowych o statuetkę Bursztynowego Słowika – to dobry znak dla przyszłości sopockiej imprezy. Z drugiej jednak – drugi dzień festiwalowy, schlebiający trochę innym muzycznym gustom – z pewnością znacznie obniżył moją ocenę tegorocznej imprezy. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy niemal dokładnie ta sama ekipa wykonawców pojawiła się na koncercie, transmitowanym następnego dnia przez zupełnie inną telewizję. W którą stronę zatem powinien pofrunąć sopocki słowik, aby nie zagubić drogi w otaczającym piękny amfiteatr lesie?
Opera Leśna to zresztą wręcz wymarzone miejsce do organizacji festiwalu, nie z tylko z racji swojej historii, ale przede wszystkim właśnie leśnej, unikalnej scenerii, z reguły zresztą z uporem i skutecznie zasłanianej przez kolejnych scenografów. Sopocka scena - z nową widownią i imponującą konstrukcją zadaszenia - tym bardziej powinna stać się miejską wizytówką i miejscem organizacji wielkich wydarzeń, nawiązujących choćby do operowego dziedzictwa tego miejsca. Niestety, w dzisiejszym repertuarze przeważa muza mniej ambitna, czego dowodem zwłaszcza drugi dzień sopockiego festiwalu. A zaniedbane najbliższe otoczenie tego niewątpliwie najpiękniejszego polskiego amfiteatru (drogi dojazdowe, brak miejsc parkingowych, zarośnięty i straszący pustymi puszkami po piwie staw) jakoś nie wskazuje, że ta perła będzie w najbliższym czasie oprawiona adekwatnie do swojego piękna. A szkoda. Bo marka Opery Leśnej to nie tylko sopocki festiwal, ale i ponad 100-letnia, barwna i bogata historia tej sceny. Kto ją dziś najlepiej wykorzysta, ten skorzysta najwięcej! Tylko trzeba zrozumieć rangę i magię tego miejsca.
Wojciech Fułek
Hulał sobie kiedyś w TV taki spot, który większość zapewne pamięta – na stacji benzynowej starsza para natyka się na grupę wyrostków, którzy wygłupiali się, po czym rzucali do starszego Pana „Trzeba mieć fantazję, dziadku”. Dziadek wsiadał do auta i taranował ich auto, po czym mówił „Trzeba mieć fantazję i pieniądze, synku”. W festiwalach sopockich jest dokładnie odwrotnie – są tylko pieniądze, ale fantazji nie ma za grosz.
Początek lat 90-tych to całkiem zabawne i piękne czasy, w czasie których Polska wykonała olbrzymi skok do przodu. Teraz pewnie wpadniemy w pułapkę średniego dochodu i już nie będzie tak „hop-siup do przodu”, ale wtedy wszystko było jeszcze nowe i wszystko było jeszcze fajne. Lata 90-te to również złote czasy Sopockiego Festiwalu (choć co prawda schyłek). Były gwiazdy z Zachodu, była publika entuzjastyczna, były komentarze pochlebne, no i przede wszystkim był monopol na wydarzenie dnia (tygodnia, miesiąca). Jak z pompą, to z pompą, jak międzynarodowo, to międzynarodowo – Kelly Family na topie? Proszę bardzo, jest i Kelly Family, nawet w komplecie. Whitney Houston płynie jeszcze na dobrej fali po „Bodyguardzie”? No i niech będzie Whitney. I robiło to wrażenie, szczególnie kiedy oglądało się każdy kolejny Festiwal. Tyłek przymarzał do drewnianych ławeczek w środku lasu, ale rokrocznie gwiazdy były – Vanessa Mae, Annie Lennox, Vaya Con Dios, Alphaville, Lionel Richie. Przedziwna mieszanka przaśnych artystów rodem z RMF FM i całkiem niezłych perełek. Trochę ręce opadają, kiedy patrzy się dzisiaj na ówczesny repertuar – np. w jednym rzędzie Boney M, La Toya Jackson i Marc Almond, albo Bjork, Kayah, Ricky Martin i Gotan Project obok siebie.
No i niestety po tej kolorowej fazie przejściowej Festiwal w Sopocie się już nie odnalazł. Nikt nie wiedział co z tym fantem zrobić, a prywatne stacje go sobie przerzucają jak gorący kartofel. Niby się opłaca, niby marka wyrobiona, ale co z tym robić – nie wie nikt. Mnie, szczerze mówiąc, w tej chwili Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie ani ziębi ani grzeje. Obejdę się bez niego i myślę, że Polska również łzy raczej nie uroni. Niechże sobie biedaczysko umrze spokojnie i poleży trochę, żeby ktoś go mógł ożywić później, ktoś kto przyjdzie z pomysłem. Teraz to jedynie się w truchło i wydmuszkę pieniądze pompuje.
A turyści to kupują – tak jak pseudo-indian, którzy na krakowskim rynku „Barkę” grają. Wielce wątpię, żeby Sopocianie albo koneserzy muzyki czegokolwiek szukali na tym Festiwalu. Raczej ściągają nań przyjezdni, dla których Festiwal jest kolejnym etapem do zaliczenia w ramach odwiedzin Sopotu. Wiadomo – żelazne klasyki odhaczyć trzeba, zabawić się trzeba. Nie wiem tylko, komu to dobrze robi. Na pewno nie Sopotowi, któremu coraz bliżej do Międzyzdrojów.
Amy MacDonald? Caro Emerald? Imany? Proszę bardzo – ściąganie małych gwiazdek, które gdzieś tam wepchnęły pojedyncze hity i grają lekkie i przystępne kawałki na antenie Trójki to przynajmniej jakiś pomysł na Festiwal. Nie najlepszy, ale zdecydowanie coś ciekawszego niż wpuszczanie na scenę co roku grupy Feel i wręczanie im kolejnych złotych płyt, którymi mogą sobie co najwyżej łazienkę wykafelkować. Jeśli ktoś w tym biznes znajdzie, to krzyż na drogę. Ja poczekam, bo może ktoś w końcu wpadnie na dobry pomysł, co zrobić z tym fantem i z tą historię. A jeśli nie, to trudno – sentymentalny nie jestem.
Tadeusz Fułek