REKLAMA
„Żegnaj lato na rok…”
No to kolejny letni sezon mamy za sobą. Siłą rzeczy co roku patrzę na te letnie miesiące z perspektywy wciąż chyba letniej stolicy Polski, czyli rodzinnego Sopotu. Nadmiar sezonowych gości, od dawna nie nazywanych już przez miejscowych – jak to kiedyś bywało – stonką, co roku rodowitych sopocian nieco odstrasza od centrum miasta, wyznaczonego linią deptaka, łączącego koniec mola z Operą Leśną.
Oczywiście hotelarze, gastronomicy, sprzedawcy, właściciele kwater, taksówkarze i wiele innych osób zaciera tylko ręce, licząc przyszłe zyski, ale przyjezdni podbijają moje ukochane miasto co roku z coraz bardziej agresywną bezwzględnością. Nocne kluby latem rozkwitają, przez Monciak o północy trudno się przebić, alkohol dookoła leje się strumieniami, a samo serce miasta – zamiast cieszyć oko pięknymi kwietnymi klombami i fontanną – raczy nas np. wielkim ekranem z migającymi ekranami i rytmicznym „umpapa”, dobiegającym z głośników wystawianych przed lokale.
Może i to wszystko jest dość nieuchronną konsekwencją wizji „kurortu pełnego życia”, ale jakoś dziwnie i niebezpiecznie szybko znika w tym wszystkim prawdziwa magia miejsca, stanowiącego zaprzeczenie prawdziwego znaczenia nazwy „kurort”. W końcu niegdysiejsze bad oznaczało przecież ekskluzywną, nie dla każdego dostępną miejscowość leczniczo-uzdrowiskową. Czasy co prawda inne, ale nie da się ukryć, że w Sopocie dominuje dziś raczej na co dzień (a zwłaszcza „na conoc”, jeśli można użyć takiego słowa) komercja, głośna muzyka i dość niewybredna rozrywka, niż wysublimowana sztuka i artyści.
Oczywiście – bądźmy sprawiedliwi – to nie jest problem wyłącznie Sopotu, ale wielu innych miejscowości o podobnych aspiracjach. Ale zagrożenie odebrania statusu uzdrowiska Sopotowi przez Ministerstwo Zdrowia i pogrożenie palcem za nadmierny hałas w strefie uzdrowiskowej to wyjątkowe czytelne sygnały, że może Sopot powinien pójść nieco odmienną drogą, aby odzyskać szlachetną twarz kurortu, pozbywając się za to „gęby” hałaśliwej nocnej imprezowni.
Niestety, ostatni pomysł, aby zdecydowanie zwiększyć w Sopocie ilość koncesji alkoholowych wskazuje, że władze miasta obrały zupełnie inną drogę. W końcu nawet przypadkowy spacerowicz natychmiast zdiagnozuje, że miejsc, gdzie w Sopocie sprzedaje się i handluje alkoholem jest zdecydowanie wystarczająca ilość. W tej materii akurat ze zdeklarowanego zwolennika gospodarczej i ekonomicznej wolności, który kiedyś uważał, że jej odgórne ograniczanie jest wręcz szkodliwe, zmieniłem się nie tyle w strażnika ludzkiej wstrzemięźliwości i umiaru, bo tego nie da się zadekretować, co zwolennika dyskretnej regulacji.
Jestem bowiem przekonany, iż zbytnie poddawanie się presji w takiej sprawie może bowiem Sopotowi tylko – w dłuższej perspektywie – zaszkodzić. Dla każdej decyzji wymyśli się oczywiście odpowiednie uzasadnienie, jak zawsze. Ale będzie to małe pocieszenie, jeśli okaże się za kilka lat, że nie jesteśmy już w stanie zapanować nad tą rzeką alkoholu i tymi, którzy w niej się kąpią. Choć sam lubię wypić kieliszek wina, to wychodzę na stetryczałego, rozgoryczonego moralistę, ale niech tam…
WOJCIECH FUŁEK
Miasto do wszystkiego
Cóż, na hipokrytę wyjdę, jeśli teraz krytykować zacznę, ponieważ w Sopocie nie byłem dobrych parę miesięcy i nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tam spędzałem lato. Ale swoje w mieście przeżyłem i do dzisiaj jestem całkiem zadowolony, że „Perłę Bałtyku” opuściłem, kiedy wybiła odpowiednia godzina. Wyjechałem na studia, ale potem doceniłem ten wyjazd z zupełnie innych jeszcze względów niż studenckie usamodzielnianie się.
Przede wszystkim, jak już człowiek sobie obejrzy parę wystaw w galeriach sopockich, przejdzie na przedstawienie do teatru Atelier dwa razy i odwiedzi parokrotnie SPATiF, to dochodzi do przekonania, że Sopot to nie miasto dla młodych ludzi. Mniejsza z tym, że tu trzeba sporych pieniędzy, żeby sobie żyć. Tu przede wszystkim potrzeba wytrzymałości na skostniałą atmosferę „starego, artystyczno-literacko-uzdrowiskowego Sopotu”, która z niewiadomych powodów jeszcze się trzyma, mimo że co krok wypierana jest przez Sopot imprezowy.
Trochę już się nie chce w pewnym momencie chodzić pośród ludzi w sweterkach przewieszonych przez ramiona, którzy siedzą w kawiarniach po wyjściu z kolejnego benefisu-łamane na-recitalu i dziwią się skąd tu tyle imprezowo nastawionej młodzieży, w dodatku hałaśliwej.
Dochodzimy do kolejnego punktu – fala imprezowa, która spływa do Sopotu co roku, jak tylko TVN powie, że sezon otwarty. 7 na 10 warszawiaków (liczba zmyślona, ale całkiem prawdziwie oddająca rzeczywistość) ma miętkie kolana, jak słyszy o Sopocie. „Weekend w Sopocie z chłopakami/dziewczynami” to obowiązkowy punkt programu. Drineczki kolorowiutkie po same brzegi i poranne stepowanie z trudem do hotelu po pięknie wybrukowanym Monte Cassino to niemalże synonimy dobrej zabawy.
I na nic się zda tłumaczenie, że Sopot uzdrowisko, że Sopot to literackie tradycje, że Festiwal Sopocki i być może jazz i sztuka wysoka i rozrywka wysoka. Rozrywka plebejska, rozrywka karnawałowa i kathartyczna dla reszty Polski teraz rządzi – dla odnowy ciała się kiedyś do Sopotu jeździło, teraz dla odnowy umysłu się jeździ, a dokładniej dla resetu umysłu. Taka kolej rzeczy, „praw przyrody Pan nie zmienisz i nie bądź Pan głąb”.
No i tutaj pojawia się ostatni element tej lekko antypatycznej (przynajmniej dla mnie) układanki. Okazuje się, że od przybytku głowa może zaboleć i to właśnie niektórych coś w Sopocie zaczyna pobolewać, ale jak widać nie wszystkich. Tym, którzy jeszcze mogą w nocy spokojnie spać, polecam wycieczkę do Wenecji, albo pod katedrę Notre Dame, albo do jednej z wielu turystycznych wydmuszek europejskich.
Niech się przejdą po tych miastach/dzielnicach widmach, które oddane na pastwę turystów wciąż żyją, ale trochę tak jak hrabina Sobryanski w „Fedorze” Billy'ego Wildera – niby żyje, ale dawno już nie oddycha i nie wiadomo tak naprawdę co tam żyje i co legendę podtrzymuje. To wszystko to zasługa zbyt rozbuchanych ambicji, żeby zrobić z Sopotu miasto wszystkiego – mola, uzdrowiska, festiwalu, kultury, wypoczynku, imprez, biznesu, sportu.
Do jednej paczki próbowano zmieścić letnią stolicę kraju, ciche, nadmorskie uzdrowisko, sportowe ambicje i nie wiadomo co jeszcze. I nadal się próbuje to robić. Koniec końców wychodzi miasto do wszystkiego, tylko nie dla mieszkańców, bo ci to w tym momencie najwyraźniej są zbędni. A, forgive me for being rude, zawsze wydawało mi się, że miasta są dla ludzi. Chyba, że władze Sopotu uważają, że miasta służą do zarabiania pieniędzy – w takim razie już nie mam nic do powiedzenia. I rest my case.
TADEUSZ FUŁEK
