W Sopocie każdego lata odbywa się w Teatrze Atelier im Agnieszki Osieckiej festiwal jej piosenek, w ten weekend startuje tu kolejny przegląd tego typu – tym razem młodzi wykonawcy biorą na warsztat piosenki z tekstami Wojciecha Młynarskiego.

REKLAMA
Poeci piosenki
W Sopocie każdego lata odbywa się w Teatrze Atelier im Agnieszki Osieckiej festiwal jej piosenek, w ten weekend startuje tu kolejny przegląd tego typu – tym razem młodzi wykonawcy biorą na warsztat piosenki z tekstami Wojciecha Młynarskiego. Mogę takim pomysłom tylko przyklasnąć, jako osoba parająca się na co dzień literackim piórem (choć to określenie powoli przechodzi chyba powoli do lamusa, bo kto jeszcze używa dziś pióra?). Zawsze podziwiałem tych, którzy w krótkiej formie piosenki potrafili zmieścić jakieś istotne przesłanie, piękną metaforę i pozostawić po sobie wyraźny ślad poetycki. Niedoścignionymi wzorami w tej materii pozostają dla wszystkich m.in. Leonard Cohen i Bob Dylan, chociaż i niektórym piosenkom Stinga można pozazdrościć słownej maestrii. Nieodżałowany Jeremi Przybora (któż inny potrafiłby nieoczekiwanie połączyć w swoich piosenkach Kutno z płótnem, a pieszczotliwe zdrobnienie Grudziądza – Grudziążku z mało – na pozór – poetyckim słowem „zalążku”? Tysiące tekstów Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego kontynuowały te najlepsze wzorce, dorównywał im czasami Jonasz Kofta, a swoją wyjątkową niszę odnalazł w „ojczyźnie-polszczyźnie” Jacek Kaczmarski. Echa dobrych tradycji kabaretowych można też z pewnością odkryć w tekstach Andrzeja Poniedzielskiego czy Artura Andrusa, zaś krakowski spleen spływa na nas ze słowami Michała Zabłockiego. Niegdyś teksty największych przebojów pisywali doskonali poeci, tacy jak Julian Tuwim; niestety, w Polsce obserwujemy dziś zalew tekstów w zdecydowanej większości nijakich, o niczym i nie pozostawiających żadnych trwałych wrażeń. Czasem te puste słowa niesie jeszcze melodia, częściej „kompozycje” równają do poziomu tekstu. Kogo można jednak wyróżnić na tym miernym tle? Na pewno równy poziom trzyma Adam Nowak z „Raz, dwa, trzy”, Kasia Nosowska, Maria Peszek i kilku innych wykonawców, najczęściej tworzących zresztą na własny użytek. Są samowystarczalni. Inni chcieliby im dorównać, bo własny tekst (podobnie jak kompozycja) to gwarancja dodatkowych tantiemów, więc pisują też ci, którzy nie mają nic do powiedzenia. Jest również osobna kategoria doskonałych tekściarzy (m.in. Andrzej Mogielnicki, Bogdan Olewicz, Marek Dutkiewicz), na tyle wyspecjalizowanych i sprawnych warsztatowo, że są w stanie z sukcesem zrealizować zamówienie dla każdego wykonawcy, ale to zupełnia inna bajka. Ci, którzy dobre poetyckie teksty pisywali (np. Magda Czapińska i jej „ściskając w ręku kamyk zielony”) zniknęli gdzieś na krętych ścieżkach naszej muzycznej sceny, inni (np.Grażyna Orlińska, autorka takich przebojów jak „Chałupy welcome to” czy „Baw się lalkami” ) z własnego wyboru tworzą dziś niszowe piosenki poetyckie. Istnieje jeszcze i trzyma się dość mocno kategoria twórców piosenek, wyrosłych z kręgu dawnej kultury studenckiej (Jan Wołek, Jacek Cygan, Zbigniew Książek), ale wydaje się, że ich czas również przemija.
To, co pozostaje i przebija się jako radiowe „power-play’e” to masowa konfekcja, w której trudno dopatrywać się finezji i poetyckiego powabu. A może tak było zawsze, tylko tego wcześniej nie dostrzegałem? Tadeusz, ratuj, może ty dostrzegasz jakieś światełko w tekstowym tunelu?
Wojciech Fułek
Poeci pomięci
Jest jedna rzecz, której bardzo nie lubię w mieszczańskim etosie, w którym nurza się polska klasa średnia i, w dużej mierze, również inteligencja nasza. Nie znoszę wprost przekonania, że jak się coś położyło na szafkę 10 lat temu, to to cały czas tam leży, nieruszone, niezmącone. Skoro 20,30 i 40 lat temu poezja płynęła wartkim nurtem przez polską piosenkę, to powinno cały czas tak być. A tak nie jest – i groza, i przestrach, i zębów zgrzytanie, że kultura na psy schodzi, i że nie ma następców Młynarskiego i Osieckiej.
A następcy Osieckiej i Młynarskiego są, tylko bardzo prawdopodobne, że na rymach się nie znają i w ogóle z piosenką nic wspólnego nie mają. Kiedyś poezja w piosenkach była. Dzisiaj jej tam nie ma prawie na pewno. Gdzie jest? – nie mam pojęcia. Na pewno nie u Marysi Peszek, jednej z większych grafomanek ostatniej dekady, odpowiedzialnej za takie wybitne strofy jak „Kocham cię najbardziej na świecie/ ale nie chcę mieć dzieci”.
Bodajże Bukowski mówił o swoich książkach, że to są wiersze, które wyszły mu po prostu trochę dłuższe (coś mogłem przekręcić, ale w sumie o to chodziło). W drugą stronę też to zapewne tak działa – wiersze to takie krótkie książki. W sumie nie chodzi więc o nazwę, ale o przekaz, o zabawę słowami, żonglerkę słownikową i ekwilibrystykę językową. A czy to później ktoś zaśpiewa,wyrecytuje, czy na półkę w Empiku wsadzi – mniejsza z tym. Wedle mojego rozumienia, to w poezji wcale nie chodzi o słowa przekuwane później w nuty, ale o jakieś głębsze zrozumienie ludzkiej natury – to miały osiągać swoimi strofami tuzy polskiej piosenki. Czy jest więc ktoś kto piosenką dziś porusza ludzi? A i owszem – zespół Weekend z głębokim tekstem utworu „Ona tańczy dla mnie”. Ktoś bardziej wyrafinowany? Z tym ciężej, bo im dalej – tym gustów więcej.
Poezji nie szukam w muzyce, bo wystarczająco dużo słyszałem dobrych piosenek ze średnim tekstem, żeby z tego nie robić koniecznego wyznacznika, ale czasami coś w ucho wpadnie. Pod wrażeniem wielkim jestem młodych dam polskiej muzyki, które wkładają w utwory swoje codzienne rozterki – bez fajerwerków, takie zwykłe historie. Iza Lach zdolna niesamowicie i ambitna, Soniamiki, Mela Koteluk, czy też parę innych (niestety częściej wybierających angielski) potrafią zauroczyć tekstem, ale nie wiem, czy doszukiwałbym się w tym jakichś większych głębi. Nie wiem też, czy rzeczone damy mają w ogóle takie ambicje. Sporo jest również projektów nastawionych na zabawne i inteligentne opowiadanie historii, jak Domowe Melodie, Łąki Łan, czy też Afrokolektyw, żeby wymienić tylko parę rzeczy z zupełnie różnych bajek. No i będąc przy Afrokolektywie nie sposób nie wspomnieć o polskim hip-hopie, gdzie kryją się najwięksi poeci dzisiejszej polskiej muzyki.
Jednak tutaj pojawia się zgrzyt, kiedy w takie zdanie wstawiam słowo „poeci” – nie dlatego, żebym raperom odmawiał splendoru tego słowa, to raczej samo to określenie nie przystaje zupełnie do ich rzeczywistości. Bo choć polski rap trzyma bardzo wysoki poziom i wszelkich domorosłych poetów opanowaniem języka zamiata pod dywan, to słowo „poeta” odstawiłbym jednak na bok. Zostawmy poezję starym grafomanom, którzy chcą się magii doszukiwać w jesiennych liściach i innych pierdołowatych i bezużytecznych elementach krajobrazu, a oni niech robią swoje.
Jak zwykle nie wiem do końca co też mam zaproponować w odpowiedzi na powyższy tekst. Taty. Nowego Młynarskiego mam na ziemię spuścić przy wtórze oklasków? Tego nie zrobię, ani żadnych następców wskazywać nie będę, bo też i nie znoszę szukania substytutów. Wystarczająco dużo jest rzeczy oryginalnych. Na potrzeby tego felietonu proponuję przyjąć tylko, że poezja w polskiej piosence skończyła się (skompromitowała) na zespole COMA i od tamtej pory jej użycie straciło wszelki sens. Są ludzie, którzy potrafią i komponować i tekst w całość złożyć i robią to całkiem nieźle – i tego się trzymajmy.
Tadeusz Fułek