REKLAMA
Nakrzątawszy się
Język ma to do siebie, że, jak każde narzędzie, musi być użyteczny. Dlatego słowa używane, takie które mają sens w zastanej rzeczywistości jakoś tam się trzymają, ale te, które się przestały sprawdzać, których nie ma jak zastosować – te słowa wypadają. Zazwyczaj to archaiczne rzeczowniki i określenia na przedmioty, których dawno nie używamy, znikają. Czasami jednak naturalna selekcja bierze się za bogu ducha winne czasowniki – a wtedy już wiadomo, że coś się zmienia w naszych nawykach.
„Krzątanie” jest jednym z takich zagrożonych wymarciem słów. Żeby mieć się na czym oprzeć, sięgnąłem do słownika, gdzie stała taka oto definicja: 1. „poruszać się energicznie, zajmując się jakąś pracą”, 2. „zabiegać o coś”. To mnie jednak nie zadowala, bo ja czynność krzątania bym zdefiniował trocję inaczej – to cały zespół czynności wykonywanych w pewnym obszarze, potrzebnych dla utrzymania ładu. Można się krzątać w kuchni, w pracy, w obejściu, ale zawsze to będzie szereg małych czynności, które wykonujemy dla podtrzymania porządku i najczęściej (i to najważniejsze) przy braku jakiegoś jednego poważnego zajęcia do wykonania. Czyli w moim rozumieniu – wypełnianie wolnych chwil małymi pracami.
I w takim to właśnie znaczeniu „krzątanie się” jest zjawiskiem (i słowem) zagrożonym wymarciem. Ilekroć jeżdżę do babci na wieś, to obserwuję jak cały dzień krząta się w domu i w ogrodzie – tu pójdzie, coś przyniesie, tam pójdzie, coś ugotuje, coś wykopie, coś naprawi. Dopiero jak wieczorem usiądzie przy telewizji, to przestaje się krzątać. W domu to samo – matka krząta się w kuchni, sprząta coś w domu, tu coś przestawi, tam kwiaty podleje, itp. itd. (z rozmysłem nie schodzę na temat, czemu krzątają się głównie kobiety). A ja? A my? Jak nie mam co robić – siadam przed komputerem. Zresztą nawet jak mam co robić, to siedzę przed komputerem. Ale nie krzątam się, nie poświęcam czasu na codzienne pierdoły, tylko sprawdzam co się wydarzyło epokowego akurat dzisiaj w internecie.
Wzniośle mówiąc: czynność krzątania ginie w narodzie (a w szczególności w pokoleniu). Co prawda nie znika zupełnie, a przenosi się do internetu, ale tak czy siak obawiam się, że to całkiem zgrabne rodzime słowo, zostanie niedługo zapomniane. Jedyne co pozostanie to pewnie „krzątanina” na określenie jakiegoś tumultu, zgromadzenia i małego zamieszania, choć też wydaje się trochę za delikatne jak na dzisiejsze czasy.
Może sporządzić listę słów zagrożonych wyginięciem? Ochrona takich słów byłaby na pewno znacznie bardziej prostsza niż patrzenie, czy żubry się w puszczy parzą w odpowiednich ilościach. Na początek wystarczyłoby wywiesić taką listę przy głównych ulicach – niech się ludziom słowa opatrzą. Może ktoś wtedy znajdzie dla nich nowe zastosowanie i wrócą do nas. Bo język próżni nie lubi – tak jak zanika sama czynność krzątania, tak przecież powstaje coś podobnego, choć w innym wymiarze – krzątanie się w internecie, o którym mówiłem. Możemy „siedzieć na fejsie”, „surfować po necie”, „ściągać GB muzy, której nigdy nie przesłuchamy”, ale to wszystko są pierdoły – tak naprawdę chodzi o wypełnianie naszego czasu takimi małymi czynnościami, o krzątanie się tylko pozbawione wszelkiej produktywności, krzątanie się bez zostawiania śladów. Na tą czynność jeszcze słowo nie powstało. Proponowałbym przygarnąć nasze swojskie, a bezpańskie teraz, „krzątanie” i przenieść na naszą internetową obecność. Nie będzie to już to samo, ale hej – uratujemy chociaż jedno słowo. Skoro cały Zachód nie jest w stanie nic zrobić w sprawie Syrii, to my możemy przynajmniej przygarnąć jedno bezpańskie słowo. Coś w końcu trzeba robić, żeby świat stawał się lepszy.

Słowne pogotowie ratunkowe
Synu, twój pomysł, żeby zrobić listę polskich słów i określeń zagrożonych wyginięciem, jest na tyle prosty i nośny, że obawiam się, że nikt go nigdy niestety nie zrealizuje. Może i znaleźlibyśmy nawet profesorskie wsparcie Jerzego Bralczyka czy Jana Miodka, ale skoro nikt oprócz ciebie nie mógłby sobie przypisać jego autorstwa i ojcostwa, skazany jest nieuchronnie – jak część słów – na zagładę. Mam bowiem nieodparte wrażenie, iż współczesny język, również polski, ma nawet naturalną tendencję do samozniszczenia. Nieuchronnie upraszcza się, zubaża (tego słowa tez nikt niebawem już nie zrozumie) i ogranicza. Z jednej strony to proces naturalny, wynikający z cywilizacyjnego (?) postępu, z drugie zaś – zjawisko na tyle smutne i trochę przerażające, że warto o nim podyskutować, używając wielu słów, także tych, które niebawem wyginą, jak dinozaury.
Bo cywilizacyjnym znakiem rozpoznawczym jest właśnie język oraz umiejętność czytania i pisania. Ze zrozumieniem, chciałoby się dodać. „Na początku było słowo” – głosi najstarsza i najbardziej popularna książka świata. Czy człowiek rozumny narodził się właśnie ze słowem na ustach?
Ilość ludzi czytających książki ( a nawet gazety i periodyki) nie tylko w naszym społeczeństwie systematycznie maleje i nic na to nie można poradzić. Jeśli z tą tendencję związany byłby nagły wzrost czytelnictwa e- i audio-booków, nie warto byłoby może rozdzierać szat. Ba, można byłoby się nawet cieszyć z oszczędności papieru. Ale przecież tak nie jest i obserwujemy coś w rodzaju zjawiska wtórnego analfabetyzmu (wiem, wiem, jak to złowieszczo brzmi). Ale skoro jeszcze niektóre arcydzieła polskiej literatury wciąż (przy tym tempie dziwnych pomysłów Ministerstwa Edukacji pewnie już niedługo) są umieszczone w kanonie (to też zagrożone słowo) szkolnych lektur, to może warto jednak taki słownik słów wymarłych (lub wymierających na naszych oczach) stworzyć, aby młodzi Polacy wiedzieli co to są (były) wici, kto to (co?) był Chochoł, na czym grał Wojski, kim był subiekt, czym zajmował się (oprócz czytania) latarnik, i skąd kamienie znalazły się na szańcu, a ktoś – na gumnie.
Stworzenie takiej listy (słownika) najbardziej praktyczne – nieco paradoksalnie – byłoby z pewnością najprostsze i najbardziej skuteczne w internecie. Osobna strona czy profil (ewentualnie grupa) na Facebooku z pewnością zagwarantowałyby sukces takiego przedsięwzięcia. Boję się tylko, że ci najbardziej zainteresowani i zaangażowani w powstanie takiego słownego pogotowia ratunkowego, gdzie udzielano by skaleczonym i zagrożonym śmiertelną chorobą słowom pierwszej pomocy, to szlachetne towarzystwo, które o słowa dba na co dzień. Ich nie trzeba do niczego przekonywać i udowadniać realności jakichkolwiek zagrożeń. A ci obojętni i tak nie zareagują na żadne, nawet najbardziej dramatyczne apele.
Może zatem zacznijmy się sami krzątać po swoim najbliższym otoczeniu, aby przedłużyć żywotność tych najbardziej zagrożonych słów? Jeśli każdy z nas zaadoptuje tylko kilka z nich – jak bezdomne psiaki ze schroniska, może to karkołomne przedsięwzięcie jednak się uda?

Wojciech Fułek