Plaża z czasów mojego dzieciństwa, zachowana w zakamarkach pamięci to na sopockiej mapie miejsce szczególne, nie podlegające żadnej degradacji i demitologizacji. Wciąż złota, wciąż słoneczna, wciąż gwarna i wciąż wyjątkowa.

REKLAMA
Miejsce, w którym brązowa opalenizna wyznaczała miejsce w towarzystwie. Miejsce majowych i czerwcowych wagarów, letnich szaleństw, rodzinnych niedzielnych pikników, wiklinowych koszy z wielkimi numerami, wymalowanymi białą farbą, pierwszych siatkarskich prób, nocnych kąpieli przy świetle księżyca, drewnianych kabin w łazienkach, w których grywano w brydża, pokera i derdę, plażowych sprzedawców, których zachęcające okrzyki niosły się echem przez nadmorskie alejki, dmuchanych materacy, plastikowych piłek, wiaderek i łopatek, misternych piaskowych konstrukcji. Wieczorny spacer brzegiem morza z dziewczyną należał nawet do pewnego kanonu obowiązkowych zachowań damsko-męskich i stanowił niewątpliwą atrakcję nie tylko dla spragnionych kojącego szumu morza. Ile takich spacerów odbyło się w plażowej scenerii? Ile wtedy zawisło w nadmorskim powietrzu, pełnym jodu - westchnień, miłosnych przyrzeczeń, zapewnień i zaklęć? Wyprawy do przystani rybackiej to osobna opowieść, pełna podziwu dla odwagi wielu generacji sopockich rybaków, porywających się na nierówną walkę z morskim żywiołem. Ich łodzie odbijały od brzegu wczesnym rankiem, aby powrócić po kilku godzinach ze skrzynkami pełnymi śliskich węgorzy, fląder czy dorszy. W piątkowe poranki, jeszcze przed pierwszym szkolnym dzwonkiem, wysyłano mnie czasami na przystań, aby kupić od rybaków najczęściej kilka dorodnych fląder, które miały starczyć na postny obiad dla całej rodziny. Kiedy mama co roku przygotowywała imieninowe przyjęcie dla taty, razem odwiedzaliśmy też rybaków, aby zamówić kilka wędzonych węgorzy.
Złota plaża to jeszcze jeden z sopockich mitów. To baśniowa opowieść dla dorosłych i dla dzieci jednocześnie, to legenda, to barwne wspomnienia, zawieszone na nitkach babiego lata. To słony smak pamięci i zapach rozgrzanego piasku. To towarzystwo kraciastego koca, wiklinowych koszy, płóciennych parawanów i plażowych ręczników. To zapamiętane na zawsze smaki i kolory dzieciństwa.
Moja plaża. Piasek – rozgrzany latem, parzący bose stopy; wilgotny po deszczu, z wyraźnym zapachem słonej morskiej wody; twardy i zmarznięty zimą; opłukiwany sztormowymi falami wiosną i jesienią. Morski brzeg, wytyczający kres piaszczystej przestrzeni i linia wydm, ograniczająca ją z drugiej strony. Urwisty klif i wielkie kamienne głazy, utrudniające przejście. Wielka, ciągnąca się prawie kilometrami piaskownica, w której odcisnęły swoje ślady stóp kolejne pokolenia. Plac zabaw i plac życia.
Piaskownica Pana Boga.
Wojciech Fułek

… Biała plaża w śnieżny dzień
Sam szczerze mówiąc nie zastanawiałem się wcześniej nad fenomenem plaży. A jest to dość ciekawe, ile uwagi mogą ludzie poświęcić miniaturowemu, i tak naprawdę jałowemu, pasowi piasku między ziemią rozciągającą się na zygżdyliony hektarów a morzem rozpiętym na gazylionach mil morskich.
Na plaży nie ma nic, nie licząc denerwującego i natrętnego piasku. Żadnego życia – tylko halucynacje z niedożywienia i śmierć. No i, okresowo, zwały wodorostów. Słowem – nic ciekawego. Jedyny atut plaży, to wielka woda. Na plecach wody sobie plaża darmową karierę zrobiła i teraz jak księżyc świeci światłem odbitym cudzej popularności. Niezbyt nawet piaskownica Pana Boga. Paluchem by z góry nie utrafił.
Ale są plaże znane na cały świat. Nie wiem co prawda, czy o sopockiej ktoś słyszał, ale takie Copacabany, Lazurowe Wybrzeża, czy Venice Beach to wokrug mira sławne. Nigdy nie lubiłem się opalać, więc mnie w takie rejony nie ciągnęło do wylegiwania się. Jedyne co rozumiem z plaży to morze. Tandetny to trochę sentymentalizm, ale jest coś w wietrze znad morza. Jest w tym jakieś poczucie świeżości i oczyszczenia. Albo to rybą tak wali – sam nie wiem.
Sopockiej plaży jakoś nie pamiętam z dzieciństwa. Moje wspomnienia z reguły są dość dziurawe i niewiele jestem w stanie sobie przedstawić z tego co minęło. Większość z tego to i tak prześwietlone klisze starych rodzinnych zdjęć i filmów. Przypuszczam, że na plażę nikt z aparatem nie biegał, żeby piaskiem nie popsuć, więc niewiele jest pamiątek w postaci zdjęć plażowych, w kostiumach i z rozwianym włosem. Sporo za to mamy zdjęć zimowych – ogromne kurtki w kolorach zupełnie niespójnych (lata 90-te), pies płoszy łabędzie, łabędzie płoszą psa i lód ścina morze. To było zawsze o wiele ciekawsze niż plażowanie. Szczytem była zima sprzed paru lat, kiedy morze pokryło się w miarę trwałą skorupą aż do końca mola (z 500 metrów lekką ręką). Naokoło nielicznych boi tworzyły się fantazyjne wikwity lodowe, a wyrwana ostroga mola (jak to zwykle bywało po jesiennych sztormach), stała wbita na sztorc jak szkielet statku.
Będąc na skraju pełnoletności i przy ubóstwie portfela, plaża była idealnym rozwiązaniem na lata licealne. Tam spędzało się większość wieczorów w ciepłej połowie roku, a grupki znajomych ciągnęły się od mola, daleko jeszcze za Hotel Chiński. Zbawieniem był brak jeszcze wtedy zakazu picia na plaży. Późniejsze jego wprowadzenie, tłumaczone chęcią zachowania czystości, było wierutną bzdurą. Wszyscy wiedzieli, że jeszcze podczas wieczornych biesiad i schadzek regularne kursy odbywali lokalni sprzątacze puszek i butelek. Co prawda latem rzeczonych sprzątaczy robiło się dużo za dużo (kurort latem przyciągał nie tylko turystów z pieniędzmi – ci bez równie chętnie tu zjeżdżali) i można było w chwili nieuwagi stracić zostawione gdzieś bambetle.
Teraz niezbyt bywam w Sopocie latem. Mierzi mnie pseudo-copacabański sznyt i drewniane knajpy, gdzie drinkami z palemką raczy się piękna młodzież o często niepięknych manierach. Spacerowanie na nadal dużo sensu, ale moim ostatnim odkryciem jest bieganie nad morzem na bosaka. Co prawda czasami trzeba sobie wyjąć z nogi wbitą ość, ale można to przeboleć. Nigdy nie była plaża miejscem doskonałym. Nigdy też wiele więcej sobie po niej nie obiecywałem.

Tadeusz Fułek