REKLAMA
Złość nasza
Z racji dziwnej konstrukcji naszego rodzimego „nienawidzić” i zapewne ze względu na stosunkową prostotę angielskiego odpowiednika i ogólny trend przejmowania zamorskich słów, wielką karierę zrobiło u nas słowo „hate”. Śmiem nawet przypuszczać, że „hate” jest wręcz językowym Leonardem Cohenem – w swoim kraju jako tako, ale za to w Polsce – wielka gwiazda.
„Hate”, czy też hejt, i jego wykonawca, narzędzie operacyjne, czyli hejter, plenią się jak kraj długi i szeroki. I nie byłoby w tym nic dziwnego, poza tym, że człowiek jakoś tam się z zachodnimi językami otrzaskał, strony zza Odry się czasami przegląda, a wtedy dopiero dziw bierze, że za naszą Zachodnią granicą (szeroko pojętą), zjawisko to występuje w o wiele mniejszym wymiarze. Nawet w Albionie, gdzie media plotkarskie są chyba najbardziej zjadliwe na całym kontynencie, ludzie są o wiele bardziej kulturalni i jacyś tacy do rany przyłóż.
Przyjęło się to zjawisko brać z całym dobrodziejstwem inwentarza – zęby zacisnąć i przejść obok. W gimnazjum to sobie człowiek jeszcze pozwala na branie w tym udziału, ale potem, jak już się zmądrzeje, to każdy wie, że lepiej się w to nie wplątywać i co najwyżej przez rękawiczki, kijem z dwóch metrów, jeśli już trzeba. Ale tak się zacząłem zastanawiać – skąd u nas tyle hejta, przaśności i złości?
Pierwsza rzecz, która mi się nasunęła na myśl – może to po prostu złość wynikająca z niedostatku środków, biedy, czy coś w tym stylu. Ale nie – przecież Polacy w badaniach mówią, że są coraz weselsi, że zarabiamy coraz więcej, a w internecie przecież nie najbiedniejsi siedzą. Nie, nie o to chodzi. Polacy coraz weselsi, ale jednocześnie coraz bardziej źli.
Potem trochę bardziej mnie olśniło – toż to wschodniość się w nas odzywa z całą mocą. Niby tacy wielcy państwo, niby mini-potęga (taka potęgeczka) ekonomiczna na region, a kompleksów mamy na potęgę i do Zachodu jak pięść do nosa pasujemy. Przepełnia nas wiara w to, że tylko nasze jest dobre, że moja myśl stoi daleko wyżej niż Twoja myśl. Ty to w sumie w ogóle nie myślisz, a toleruję Cię, bo jakoś w sumie razem musimy funkcjonować. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć ludzi, którzy potrafią skutecznie współpracować, którzy słuchają.
No właśnie! Słuchanie – kolejna niepełnosprawność nasza. Słuchać to nikt nie słucha. Wszyscy słyszą, a potem każdy puszcza mimo uszu, „no bo co mi kmiotek farmazony pieprzyć będzie”. Pierwszym odruchem naszym na nową informację jest praktycznie tylko i wyłącznie sprzeciw – nieważne czy kwestia aborcji, dodatków unijnych dla rolników, czy ilości tłuszczu w serze. Ważne że na pewno głupoty pieprzą, a ja to się bardziej na serze znam niźli cała reszta.
W komiksie „Osiedle Swoboda” Michała Śledzińskiego jeden z bohaterów wygłasza taką całkiem zgrabną tezę. Otóż Polacy od zarania dziejów mieli się z kim bić. Jak nie z Krzyżakami, to ze Szwedami, to z Niemcami, to z Rosjanami. Dwudziestolecie spokoju – i od razu wojenka dla uspokojenia nerwów. A potem okupacja i znowu jest się na kim wyżywać. A teraz 20 lat wolności i już ludziom się ciśnienie podnosi. Krew szlachty awanturniczej i nie nawykłej do zgody się w nas budzi. Zastanawiam się tylko, jak to możliwe, że demokracja szlachecka i ucieranie się jednak kiedyś działało? Na pewno nie działa dziś w internecie.
Tadeusz Fułek
Tadeusz Fułek
Na niedobrej strategii
„My to na niedobrej strategii, Panie, leżem…” – filozoficznie zakomunikował mi kiedyś pewien Kaszub i coraz bardzie z nim się zgadzam. „Wojny i klęski ciągle się po nas przetaczają jak jakiś walec historii”. Czy wyciągamy jakieś wnioski z własnej przeszłości, skoro historia wciąż odbija się nam czkawką?
Polak musi mieć wroga – rzeczywistego lub wyimaginowanego. Najlepiej sąsiada albo obcego. Masz chyba rację synu, przypisując to całe dzisiejsze hejterstwo naszej narodowej przypadłości, czyli bezinteresownej zawiści. Nie wiem, czy jest to też dziedzictwo szlacheckiego przywileju „liberum veto” i przekonania, że „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Na pewno źle znosimy sukcesy innych, chyba, że uznajemy ich za bohaterów narodowych, którzy leczą nasze zbiorowe kompleksy. Nieprzypadkowo sformułowanie „życzliwy sąsiad” stało się u nas synonimem donosiciela.
Często mam wrażenie, że anonimowy, hejterski wpis na internetowych forach zastępuje często swoim autorom inne formy społecznej aktywności.
Często mam wrażenie, że anonimowy, hejterski wpis na internetowych forach zastępuje często swoim autorom inne formy społecznej aktywności.
Czy warto się zatem rozwodzić nad psychiką tych, którzy traktują swoją obecność (anonimową) na forach jako rekompensatę za własne nieudacznictwo, brak sukcesów, nieudane życie prywatne czy zawodowe? Jestem bowiem przekonany, że ci, którzy z kolei zarażają innych swoim optymizmem i energią, ludzie zadowoleni ze swojego życia i najbliższego otoczeni, autorzy większych czy mniejszych sukcesów – na pewno nie uciekają się do hejterskich zachowań.
Za to ci, których styl czasem łatwo rozpoznać, mimo, iż ukrywają się pod różnymi nickami, są zdolni do każdej konstrukcji słownej nienawiści, żeby komuś bezinteresownie (lub nie) „przywalić”, „doładować”, żeby nie użyć mocniejszych i dosadniejszych określeń. Internet często uwalnia od bezpośredniej, osobistej odpowiedzialności za słowo. Ale od własnego stylu trudno się uwolnić, zatem ktoś, kto nadużywa w „realu” np. sformułowania „gnojowica”, użyje go też anonimowo. Dlatego czasami bez większego problemu można zidentyfikować takiego „bojownika”, zwłaszcza, iż często używa on wirtualnej przestrzeni do walki z inaczej myślącymi (a zatem dla niego „obcymi”) w czasie godzin swojej pracy.
Ja hejterom po prostu zwyczajnie po ludzku współczuję, bo ich stan posiada wszelkie znamiona poważnego schorzenia. Nie wiem, czy uleczalnego, ale może należy im się jakaś urzędowa pomoc medyczna? Może należy im się jakaś dawka ciepłego uczucia, którego nie doświadczyli w dzieciństwie? Bo hejterstwo da się zwalczać miłością, aczkolwiek brzmi to dość dziwnie, naiwnie i idealistycznie. Może wówczas internetowi hejterzy zdecydują się na spektakularny zbiorowy coming out?
Wiem, wiem, to mrzonki, ale przecież niezależnie od tego, co tu napiszę, zawsze znajdzie się ktoś, kto wpisze zjadliwy komentarz lub kliknie w ikonkę „nie lubię”. A co, w końcu mamy wolność słowa czy nie? Tylko dlaczego anonimową?
Wojciech Fułek
