REKLAMA
Pieniądze obywatelskie
Synu, kontynuuję nasz dialog z ubiegłego tygodnia, w którym apelujesz (również do mnie, jak mniemam, a nie tylko do naszych cotygodniowych czytelników), aby nie angażować się w żadne akcje ogólnopolskie o podłożu politycznym, ale posprzątać najpierw swoje małe podwórko, zadbać o ogródek i prosty chodnik przed domem i z wrodzoną sobie delikatnością zwrócić uwagę sąsiadowi, że jego ukochany piesek sam swoich odchodów do torebki nie zbierze. Masz rację, porządki należy zaczynać od swojego podwórka, a jeśli angażować się, to w akcje lokalne, o wymiarze obywatelskim i społecznym. Z uporem maniaka sam powtarzałem zawsze, że rura kanalizacyjna nie ma przynależności partyjnej. Coraz częściej przekonuję się, ze jednak ma. Niektórym bowiem, jak w pewnym starym dowcipie, wszystko się z polityką kojarzy. Szpital – oj, to przecież temat wybitnie polityczny, boisko – jeszcze bardziej, budżet obywatelski – no to już zupełnie, mimo, iż w nazwie ma przecież wymiar „obywatelski”. Pierwszym miastem, które elementy takiego budżetu wprowadziło, był mój rodzinny Sopot. Nie obyło się oczywiście bez politycznej batalii, niechęci i przekonywania, że ta idea nie jest niezbędna, gdyż cały miejski budżet ma charakter „obywatelski”. Z pewnością niedoskonale, ale idea została jednak – wbrew wszystkim niechętnym (wystarczy poczytać sobie archiwalne protokoły i rejestry głosowań Rady Miasta, żeby przypomnieć, kto był za, a kto przeciw) wprowadzona w życie. Kiedy jednak czytam dziś refleksje, związane z funkcjonowaniem takiej formy rozdysponowania małej części lokalnego budżetu (w Sopocie to przecież zaledwie 1,2%), mam wrażenie, że doświadczenia są w całym kraju podobne.
„Włączanie obywateli w decydowanie o miejskich wydatkach idzie opornie, głównie dlatego, że władza niechętnie dzieli się pieniędzmi. Lokalni włodarze żyją w przeświadczeniu, że to oni lepiej wiedzą, czego potrzebuje ich miasto czy gmina. Boją się, że obywatele mogliby podejmować decyzje nie po ich myśli” – stwierdza np. socjolog, Piotr Sałustowicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Te doświadczenia wyraźnie wskazują, że nawet tam, gdzie dochodzi do wprowadzenia budżetu obywatelskiego, często wykorzystywany jest on do rozgrywek politycznych, a znaczne „upartyjnienie” samorządowych struktur powoduje też najczęściej „zawłaszczenie” tej sprawy przez dominującą opcję. No i w ten prosty sposób rura kanalizacyjna otrzymuje partyjną legitymację. Należy jednak wierzyć, że to jednak proces odwracalny, bowiem, jak stwierdza dyrektor Instytutu Obywatelskiego, Jarosław Makowski: „rośnie świadomość miejska. Ludzie już wiedzą, że mają prawo do miasta, tak jak np. do wolności słowa. Szybko rozwijają się też ruchy miejskie”.
Jako długoletni samorządowiec jestem przekonany, iż w ramach obywatelskiego budżetu powinno przekazywać się do bezpośredniej dyspozycji mieszkańców znacznie większe, niż do tej pory kwoty. Jednak równie ważny jest sposób, w jaki zapadają w tej sprawie decyzje i cała kampania informacyjna, skierowana do mieszkańców. Jeśli również ta sprawa przez lokalnych włodarzy będzie traktowana instrumentalnie i nabierze politycznych barw partyjnych, będzie to niewątpliwie duży problem wiarygodności dla samej idei obywatelskiego budżetu. Trudno się nie zgodzić w tej sprawie z dziennikarzem „Wprost”, Rafałem Piserą, który napisał ostatnio: „budżety obywatelskie z pewnością staną się elementem nadchodzącej kampanii samorządowej w niejednej gminie. Aby jednak zaczęły w Polsce naprawdę funkcjonować, potrzebna jest zmiana w sposobie myślenia o rządzeniu, odpolitycznienie lokalnych struktur zarządzania”. Na to się jednak, niestety, na razie nie zanosi.
„Włączanie obywateli w decydowanie o miejskich wydatkach idzie opornie, głównie dlatego, że władza niechętnie dzieli się pieniędzmi. Lokalni włodarze żyją w przeświadczeniu, że to oni lepiej wiedzą, czego potrzebuje ich miasto czy gmina. Boją się, że obywatele mogliby podejmować decyzje nie po ich myśli” – stwierdza np. socjolog, Piotr Sałustowicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Te doświadczenia wyraźnie wskazują, że nawet tam, gdzie dochodzi do wprowadzenia budżetu obywatelskiego, często wykorzystywany jest on do rozgrywek politycznych, a znaczne „upartyjnienie” samorządowych struktur powoduje też najczęściej „zawłaszczenie” tej sprawy przez dominującą opcję. No i w ten prosty sposób rura kanalizacyjna otrzymuje partyjną legitymację. Należy jednak wierzyć, że to jednak proces odwracalny, bowiem, jak stwierdza dyrektor Instytutu Obywatelskiego, Jarosław Makowski: „rośnie świadomość miejska. Ludzie już wiedzą, że mają prawo do miasta, tak jak np. do wolności słowa. Szybko rozwijają się też ruchy miejskie”.
Jako długoletni samorządowiec jestem przekonany, iż w ramach obywatelskiego budżetu powinno przekazywać się do bezpośredniej dyspozycji mieszkańców znacznie większe, niż do tej pory kwoty. Jednak równie ważny jest sposób, w jaki zapadają w tej sprawie decyzje i cała kampania informacyjna, skierowana do mieszkańców. Jeśli również ta sprawa przez lokalnych włodarzy będzie traktowana instrumentalnie i nabierze politycznych barw partyjnych, będzie to niewątpliwie duży problem wiarygodności dla samej idei obywatelskiego budżetu. Trudno się nie zgodzić w tej sprawie z dziennikarzem „Wprost”, Rafałem Piserą, który napisał ostatnio: „budżety obywatelskie z pewnością staną się elementem nadchodzącej kampanii samorządowej w niejednej gminie. Aby jednak zaczęły w Polsce naprawdę funkcjonować, potrzebna jest zmiana w sposobie myślenia o rządzeniu, odpolitycznienie lokalnych struktur zarządzania”. Na to się jednak, niestety, na razie nie zanosi.
Wojciech Fułek
Agree to disagree
Agree to disagree
Budżet obywatelski to śmieszna rzecz. Na razie zabawka bardziej, niż sensowne narzędzie, ale potencjał jest. Problem tkwi w tym, że żeby to zaczęło funkcjonować, potrzeba wiele pracy. Budżet obywatelski to nie magiczna różdżka, która odejmuje wszystkie problemy i przywraca władzę w ręce ludzi. Wręcz przeciwnie – to narzędzie, które wprowadza jeszcze więcej chaosu i jeszcze więcej zamętu, narzędzie, które miesza ludziom w głowach i wymaga od nich więcej, niż sami chcą dać. Ale właśnie w tym rzecz. Bo budżet obywatelski to narzędzie demokracji, a demokracja nie jest łatwa i nigdy nie będzie.
W tym momencie ludzie nie mają świadomości, czym jest budżet obywatelski. Wie to garstka osób, które tematem się interesują, reszta to ignoruje i nie uczestniczy. To nie znaczy, że narzędzie nie działa. To znaczy, że powinna za nim iść edukacja. Długofalowa, żmudna i powtarzalna edukacja. Aż obywatele zaczną się zastanawiać, aż trochę pomyślą, aż trochę się zaangażują. Ale żeby to zadziałało potrzeba dwóch czynników – czas jest jednym z nich. Drugim jest wyrozumiałość.
I wyrozumiałość, a raczej jej brak, jest tutaj istotnym problemem. Bo żeby brać udział w skutecznym rozdzielaniu budżetu obywatelskiego, trzeba przyjąć na początku jeden czynnik, który dla wielu jest nie do przełknięcia – trzeba przyjąć, że po drugiej stronie, wśród tych, którzy się z nami nie zgadzają, jest również ktoś, kto myśli i kto ma swoje racje. Przyjęcie defensywnej postawy, w ramach której będę forsował swój pomysł i dla niego szukał poparcia, jest dokładnie tym, na co choruje debata publiczna w Polsce. Czy to na poziomie parlamentarnym, medialnym, czy na poziomie lokalnego skwerku. Żadna ze stron nie jest w stanie nawiązać sensownego dialogu, a wszystkie projekty, które pojawiają się w neutralnej strefie pomiędzy są ściągane w jedną, lub w drugą stronę. Budżet obywatelski też cierpi z takich powodów – władza uważa, że ludzie są idiotami, więc nie chce nic dać im do rąk, ludzie uważają, że u władzy są idioci, którzy by tylko te pieniądze w zdefraudowali, a ludzie nawzajem mają siebie (dla odmiany) za idiotów, którzy nie rozumieją prawdziwych potrzeb.
Odnoszę wrażenie, że w tym momencie demokracja trzeszczy w posadach, bo coś wszyscy pozapominali o co chodzi, a każdy ma swoją wizję, a w żadnej z tych wizji budżet obywatelski nie jest sensownym argumentem. Zeszłoroczny wybór Unii Europejskiej na laureata nagrody Nobla, został przez Polską prasę skutecznie obśmiany, jakby zapomniano, jakim cudem i wielkim trudem zdołano osiągnąć takie porozumienie między krajami nie za pomocą siły, ale za pomocą dialogu. Demokracja i jej brak stały się dzisiaj słowami wytrychami dla wszystkich opcji politycznych, jakby zapomniano, że demokracja nie polega na tym, że wszyscy musimy się zgodzić. Demokracja polega na tym, i w tym tkwi jej sedno, że się ze sobą wzajemnie nie zgadzamy, ale jakiś konsensus jesteśmy w stanie wypracować. To tak jak z podrywaniem – można gadać cokolwiek i o ile słucha, to jest szansa na „dogadanie się”. Dopiero w momencie, w którym się odwróci – wtedy wiadomo, że wszystko stracone. Parafrazując Marka Hłaskę (choć zupełnie o co innego chodziło) powiedziałbym, że dzisiaj niestety już wszyscy są odwróceni.
W tym momencie ludzie nie mają świadomości, czym jest budżet obywatelski. Wie to garstka osób, które tematem się interesują, reszta to ignoruje i nie uczestniczy. To nie znaczy, że narzędzie nie działa. To znaczy, że powinna za nim iść edukacja. Długofalowa, żmudna i powtarzalna edukacja. Aż obywatele zaczną się zastanawiać, aż trochę pomyślą, aż trochę się zaangażują. Ale żeby to zadziałało potrzeba dwóch czynników – czas jest jednym z nich. Drugim jest wyrozumiałość.
I wyrozumiałość, a raczej jej brak, jest tutaj istotnym problemem. Bo żeby brać udział w skutecznym rozdzielaniu budżetu obywatelskiego, trzeba przyjąć na początku jeden czynnik, który dla wielu jest nie do przełknięcia – trzeba przyjąć, że po drugiej stronie, wśród tych, którzy się z nami nie zgadzają, jest również ktoś, kto myśli i kto ma swoje racje. Przyjęcie defensywnej postawy, w ramach której będę forsował swój pomysł i dla niego szukał poparcia, jest dokładnie tym, na co choruje debata publiczna w Polsce. Czy to na poziomie parlamentarnym, medialnym, czy na poziomie lokalnego skwerku. Żadna ze stron nie jest w stanie nawiązać sensownego dialogu, a wszystkie projekty, które pojawiają się w neutralnej strefie pomiędzy są ściągane w jedną, lub w drugą stronę. Budżet obywatelski też cierpi z takich powodów – władza uważa, że ludzie są idiotami, więc nie chce nic dać im do rąk, ludzie uważają, że u władzy są idioci, którzy by tylko te pieniądze w zdefraudowali, a ludzie nawzajem mają siebie (dla odmiany) za idiotów, którzy nie rozumieją prawdziwych potrzeb.
Odnoszę wrażenie, że w tym momencie demokracja trzeszczy w posadach, bo coś wszyscy pozapominali o co chodzi, a każdy ma swoją wizję, a w żadnej z tych wizji budżet obywatelski nie jest sensownym argumentem. Zeszłoroczny wybór Unii Europejskiej na laureata nagrody Nobla, został przez Polską prasę skutecznie obśmiany, jakby zapomniano, jakim cudem i wielkim trudem zdołano osiągnąć takie porozumienie między krajami nie za pomocą siły, ale za pomocą dialogu. Demokracja i jej brak stały się dzisiaj słowami wytrychami dla wszystkich opcji politycznych, jakby zapomniano, że demokracja nie polega na tym, że wszyscy musimy się zgodzić. Demokracja polega na tym, i w tym tkwi jej sedno, że się ze sobą wzajemnie nie zgadzamy, ale jakiś konsensus jesteśmy w stanie wypracować. To tak jak z podrywaniem – można gadać cokolwiek i o ile słucha, to jest szansa na „dogadanie się”. Dopiero w momencie, w którym się odwróci – wtedy wiadomo, że wszystko stracone. Parafrazując Marka Hłaskę (choć zupełnie o co innego chodziło) powiedziałbym, że dzisiaj niestety już wszyscy są odwróceni.
Tadeusz Fułek
