REKLAMA
Proszę wybaczyć, ja nie tańczę
Są takie rzeczy, z których się trzeba tłumaczyć każdemu. I rodzinie i znajomym i obcym, bo to są rzeczy, co się dosłownie w głowie nie mieszczą. I w każdym się odzywa potem instynkt misjonarzy, co to na Prusy pogańskie szli nawracać i już ci głowę suszyć zaczynają. A nie mówię tu wcale o takich sprawach interesu publicznego jak picie, poglądy polityczne, czy płeć własna i ewentualne preferencje. Mówię o prostej czynności, do której wielu obywateli się przyznaje, a która tak naprawdę jest narzędziem szatana, złem wcielonym, czynnością z piekła rodem – o tańcu mówię.
Niby nic – zwykłe nóżką dyganie, do rytmu, w takt muzyki. Niektórzy lubią, niektórzy nawet umieją. Problem w tym, że całą resztę się przy okazji terroryzuje do 8ej potęgi. Całe lata przeżyłem pod tym jarzmem. Na dyskotekach w podstawówce był jeszcze spokój, dawali nam żyć – można było ścianę podpierać i rzucać się mandarynkami (jak były), a jak wchodziły wolne, to przecież nie o taniec chodziło. Gimnazjum nie pamiętam, ale gdy w liceum zdarzyła się okazja, to już można się było zaprawić i udawać, że człowiekowi przyjemnie i że się wie o co chodzi. Ale już na studiach i dalej w życiu, to doprawdy każdej kolejnej osobie trzeba się tłumaczyć, z tabliczką przewieszoną przez szyję chodzić, a na niej mieć koślawo napisane: „nie tańczę, nie będę tańczył, bo nie lubię, bo nie chcę”. Inaczej Cię zjedzą, upoją alkoholem, słówkami gładkimi i będą przed Tobą machać nogami, jakby to najprostsza rzecz na świecie była i na pewno najbardziej oczywista. Ja już jednak udawać nie mam ochoty, w tej fanfaronadzie udziału brać nie będę. Bojkot, protest i zabierzcie sobie swoje tańce, skądkolwiek żeście ich nie brali (z dna piekieł zapewne).
Czemuż się denerwuję? Skąd ta frustracja? A stąd, że to jakiś terror kulturowy panuje – wystarczy pierwszy lepszy film animowany obejrzeć z ostatnich lat. Każdy jeden kończy się wielkim wesołym balem tanecznym, gdzie sobie wszyscy fikają nóżkami. Średniowiecze, science-fiction, czy też zupełne fiction – z każdego filmu płynie przekaz, że ludzie nic innego nie chcą robić, tylko sobie pohasać radośnie wokół w zbiorowym szaleństwie. W telewizji to samo – katują człowieka programami tanecznymi i jeszcze gwiazdeczki zatrudniają, żeby tę ideę jadowitą sączyć 24h. I udaj się później człowieku na schadzkę towarzyską, gdzie, nie daj boże, znajdzie się kawałek przestrzeni wolnej – od razu wskakuje tam jakaś skora do tańca dziewoja i wszystkich wokół będzie namawiać do tego samego. Na nic tłumaczenia – po prostu „nie wiesz, że lubisz”, „na pewno umiesz”, „napij się i samo przyjdzie”, „każdy potrafi”, itd., itp.
Właśnie że nie! Nie każdy potrafi i nie każdy lubi. Wszem i wobec chciałem ogłosić jednoosobowy bojkot i protest przeciwko masowej indoktrynacji tanecznej. Tańczyć nie mam zamiaru i robić tego nie będę. Nie przekonają mnie argumenty, że „każdy tańczy, kiedy się napije” na poparcie tezy, iż tego naprawdę wszyscy chcemy. Jak się człowiek napije, to czasami na womitowanie go chęć nachodzi, a to wcale nie świadczy o tym, że wszyscy do tego skrycie tęsknimy. Dla takich, co tańca pragną, co im rytm w żyłach płynie – proszę bardzo, dla Was są parkiety. Dla gnuśnych i tych, którzy chcą tylko pogadać, są bary i tam zamierzam siedzieć. I niniejszym upraszam o zostawienie nas w spokoju, bo my Wam się na parkiet nie wpychamy i nie mówimy, żebyście stamtąd zeszli, bo na pewno na to macie ochotę. Bo inaczej wprowadzimy strajk okupacyjny i odetniemy Was od baru. Ciekawe czy wtedy tacy skorzy będziecie do podrygów przymuzycznych.
Tadeusz Fułek

Wybaczam, choć czasami tańczę
Zupełnie nie wiem, skąd synu u Ciebie tyle niechęci do czegoś, co towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. Wszak to właśnie tańcem wyrażano przez lata swoje emocje podczas wszelkich uroczystości i świąt. Narzędzie szatana? Toż to nawet i biblia nawołuje do tanecznej radości, bo podobno taniec Bogu jest miły. Czyżby w tej materii stanowisko piekła i nieba było zatem wyjątkowo zbieżne? Terror kulturowy? A nie dziedzictwo kulturowe i społeczne? Może i masz trochę racji, że dzisiejszy kult tańca przypomina wręcz jakieś tajemnicze obrzędy, w ramach których podrygiwanie, wstrząsy ciała, drgawki i tarzanie się po parkiecie są na porządku dziennym (nocnym?) i nikogo nie dziwią. Ja tam mistrzem parkietu na pewno nie jestem, ale od czasu do czasu podryguję, jak wielu innych, ale z reguły wtedy, kiedy jest ku temu nie tylko sprzyjająca okazja, ale i wyraźna ochota. Oczywiście zdarzają się sytuacje skrajne, w których taniec wymuszony bywa okolicznościami (np. wesele), ale nawet wtedy można wymówić się nagłą niedyspozycją, kontuzją kolana czy specyficznymi przekonaniami religijnymi (jeśli jest się np. zdeklarowanym wyznawcą zakazanego bokonizmu, ale w tym ostatnim wypadku trzeba pamiętać, iż najważniejszym rytuałem w tej vonnegutowskiej religii jest obrzęd boko-maru, czyli zbratania dusz, polegający na dotykaniu się podeszwami stóp). No chyba, że jest się akurat Panem Młodym, co być może kiedyś i Ciebie czeka. Bo w sytuacji weselnej Pan Młody ten jeden (przynajmniej) taniec z Panną Młodą powinien jednak chyba zatańczyć. Pewien przymus w tej materii zatem niestety obowiązuje.
Chciałem Cię jednak, Synu, zmartwić. Twój anty-taneczny protest i bojkot przejdzie zapewne zupełnie niezauważony, bo zdecydowana przewaga osób „tanecznych” w każdej społeczności nad osobami „nietanecznymi” jest faktem. Podobnie jak medialna wrzawa taneczna wokół programów typu „talent show”, filmów muzycznych czy scen zbiorowych w filmach animowanych. To prawda, że społeczna presja podczas spotkań towarzyskich, gdzie muzykę grają, trochę jednak taneczne wzorce nam podsuwa. Póki co, przymusu tańca, w żadnych okolicznościach, na szczęście nikt jeszcze jednak nie proponuje, chociaż mam wrażenie, że naszym posłom czasami wzmożony ruch taneczny podczas posiedzeń parlamentu zdecydowanie pomógłby wyeliminować przynajmniej znaczną część kwiecistych wypowiedzi. Gdyby tak ich zmusić do wypowiedzi w formie tańca zamiast słowa, lepiej może by nie było, ale śmieszniej na pewno. Może to zresztą jakiś sensowny pomysł na przesunięcie tanecznej aktywności i zaangażowania polskiego społeczeństwa w szerszym wymiarze? Burmistrz tańczący break-dance, pan poseł – pogo, a radny – taniec ludowy z przytupem i hołubcami? A dlaczegóż by nie?
Mogę Cię jednak przy tej okazji pocieszyć, że zaliczasz się do płci, która ma tę przewagę, iż to ona do tańca znacznie częściej sama zaprasza, niż bywa zapraszana. Dlatego twoje stanowcze postanowienie, iż tańczyć nie zamierzasz i nie będziesz, nikomu chyba przeszkadzać specjalnie nie będzie. Chociaż, mam wrażenie, że z dwojga złego – siedzenie przy barze niesie chyba więcej zagrożeń dla zdrowia i porządku, niż – niewinny w końcu – taniec. Może warto jednak czasami spróbować?

Wojciech Fułek