REKLAMA
Wczoraj, dziś, jutro
W roku 2014 będziemy obchodzić ćwierćwiecze niewątpliwie radosnego – chyba nie tylko dla mojego pokolenia - wydarzenia , które znana aktorka zapowiedziała w publicznej (bo innej jeszcze nie było) telewizji jako koniec epoki komunizmu. Komunizm nie okazał się jednak – ku zdziwieniu dużej części naszego społeczeństwa - wyłącznie niewydolnym systemem czy represyjnym ustrojem, ale bardziej stanem umysłu i nie skończył się z datą pierwszych powojennych wolnych wyborów.
Przez te 25 lat wyrosło jedno pokolenie Polaków, które właśnie wchodzi w swoje dorosłe, samodzielne życie i rzadko – niestety - widzi swoją przyszłość w różowych barwach. Wychowane i wyedukowane w wolnej Polsce, która – jak wynika z wszystkich niezależnych badań i opinii – nie spełnia ich oczekiwań i nie jest w stanie zapewnić (nawet tym dobrze wykształconym) odpowiedniej ścieżki zawodowego rozwoju i kariery.
Żadne z propagandowych haseł i politycznych sloganów z ostatniego ćwierćwiecza nie tylko nie sprawdziły się w zderzeniu z otaczającą rzeczywistością, ale wręcz wyprowadziły nas wszystkich na manowce. „Niewidzialna ręka rynku” nie okazała się bowiem czarodziejską różdżką, nie zbudowaliśmy tu również ani „drugiej Japonii” ani „nowej Irlandii”, a „zielona wyspa” okazała się bardziej słownym mitem niż faktem. Oczywiście, nastąpił realny skok cywilizacyjny, granice nie są już dla Polaków żadną barierą, wszyscy czujemy się dziś Europejczykami, tylko jak wytłumaczyć fakt, iż to najmłodsze pokolenie czuje się jednak Europejczykami drugiej kategorii? Dlaczego generacja wolnej Polski (w swej statystycznej większości) nie widzi dla siebie w naszym kraju żadnych rozsądnych perspektyw i przyszłości, siedząc na walizkach i przygotowując się właśnie do kolejnego zarobkowego wyjazdu? Czy to wina kolejnych (bez względu na zabarwienie partyjne) „elyt”, które nie stworzyły im odpowiednich warunków, czy też może jesteśmy wręcz genetycznie skażeni pewnym kompleksem „polskości”, skazującym w nowej rzeczywistości to najmłodsze pokolenie na bycie wiecznym petentem, który nie ma szans na autentyczny sukces i życiową satysfakcję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że takie uogólnienia wrzucają do jednego worka (ale nie jest to na pewno worek Św. Mikołaja) zarówno tych, którzy zażarcie walczą o swoje przyszłe życie, wysyłając tysiące aplikacji i zbierając kolejne zawodowe doświadczenia jak i tych, którzy uznali, że lepiej szukać swojego szczęścia poza granicami. Istnieje jeszcze w tym krajobrazie wąska grupa młodych ludzi, którzy już na początku swojej drogi odniosły jakiś wymierny sukces – artystyczny, medialny, społeczny czy ekonomiczny, ale to rzeczywiście margines, choć wyjątkowo chętnie przywoływany przez media jako przykład pozytywnego myślenia. Niestety, jak to bywa, wyjątki potwierdzają regułę, i to pozytywne myślenie o przyszłości nie jest na pewno cechą dominującą wśród młodych Polaków. Większość z nich skazana jest bowiem – przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu – na pracę w oplatających nas coraz mocniej sieciach handlowych lub gastronomii. To i tak dla wielu korzystny scenariusz, skoro największe bezrobocie panuje właśnie wśród młodzieży, a najtrudniej znaleźć pierwszą pracę wykształconym absolwentom polskich szkół wyższych. Dla tej wciąż zwiększającej się grupy żadnym pocieszeniem nie będzie fakt, że ich sytuacja i tak jest lepsza, niż młodzieży w Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy np. Rumunii. Nie mówiąc o Białorusi. Tylko czy o taki właśnie powiew optymizmu chodziło nam wszystkim 25 lat temu?
Wojciech Fułek
Przez te 25 lat wyrosło jedno pokolenie Polaków, które właśnie wchodzi w swoje dorosłe, samodzielne życie i rzadko – niestety - widzi swoją przyszłość w różowych barwach. Wychowane i wyedukowane w wolnej Polsce, która – jak wynika z wszystkich niezależnych badań i opinii – nie spełnia ich oczekiwań i nie jest w stanie zapewnić (nawet tym dobrze wykształconym) odpowiedniej ścieżki zawodowego rozwoju i kariery.
Żadne z propagandowych haseł i politycznych sloganów z ostatniego ćwierćwiecza nie tylko nie sprawdziły się w zderzeniu z otaczającą rzeczywistością, ale wręcz wyprowadziły nas wszystkich na manowce. „Niewidzialna ręka rynku” nie okazała się bowiem czarodziejską różdżką, nie zbudowaliśmy tu również ani „drugiej Japonii” ani „nowej Irlandii”, a „zielona wyspa” okazała się bardziej słownym mitem niż faktem. Oczywiście, nastąpił realny skok cywilizacyjny, granice nie są już dla Polaków żadną barierą, wszyscy czujemy się dziś Europejczykami, tylko jak wytłumaczyć fakt, iż to najmłodsze pokolenie czuje się jednak Europejczykami drugiej kategorii? Dlaczego generacja wolnej Polski (w swej statystycznej większości) nie widzi dla siebie w naszym kraju żadnych rozsądnych perspektyw i przyszłości, siedząc na walizkach i przygotowując się właśnie do kolejnego zarobkowego wyjazdu? Czy to wina kolejnych (bez względu na zabarwienie partyjne) „elyt”, które nie stworzyły im odpowiednich warunków, czy też może jesteśmy wręcz genetycznie skażeni pewnym kompleksem „polskości”, skazującym w nowej rzeczywistości to najmłodsze pokolenie na bycie wiecznym petentem, który nie ma szans na autentyczny sukces i życiową satysfakcję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że takie uogólnienia wrzucają do jednego worka (ale nie jest to na pewno worek Św. Mikołaja) zarówno tych, którzy zażarcie walczą o swoje przyszłe życie, wysyłając tysiące aplikacji i zbierając kolejne zawodowe doświadczenia jak i tych, którzy uznali, że lepiej szukać swojego szczęścia poza granicami. Istnieje jeszcze w tym krajobrazie wąska grupa młodych ludzi, którzy już na początku swojej drogi odniosły jakiś wymierny sukces – artystyczny, medialny, społeczny czy ekonomiczny, ale to rzeczywiście margines, choć wyjątkowo chętnie przywoływany przez media jako przykład pozytywnego myślenia. Niestety, jak to bywa, wyjątki potwierdzają regułę, i to pozytywne myślenie o przyszłości nie jest na pewno cechą dominującą wśród młodych Polaków. Większość z nich skazana jest bowiem – przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu – na pracę w oplatających nas coraz mocniej sieciach handlowych lub gastronomii. To i tak dla wielu korzystny scenariusz, skoro największe bezrobocie panuje właśnie wśród młodzieży, a najtrudniej znaleźć pierwszą pracę wykształconym absolwentom polskich szkół wyższych. Dla tej wciąż zwiększającej się grupy żadnym pocieszeniem nie będzie fakt, że ich sytuacja i tak jest lepsza, niż młodzieży w Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy np. Rumunii. Nie mówiąc o Białorusi. Tylko czy o taki właśnie powiew optymizmu chodziło nam wszystkim 25 lat temu?
Wojciech Fułek
Ciężka sztuka bycia z Polakami
Cóż, ja Szczepkowskiej z TV nie pamiętam, aczkolwiek nie wykluczone, że mając 3 lata przed telewizorem siedziałem i byłem niemym świadkiem tego wydarzenia. Co prawda ton z jakim znana aktorka ogłaszała tę radosną nowinę zawsze wydawał mi się zawieszony między opowiadaniem bajki dla dzieci a erotyką, raczej niż relacjonowaniem zaistniałych zdarzeń, ale biorę poprawkę na jej stan euforyczny. Tak więc 89 mnie aż tak nie pociąga, bo ja nie jestem dzieckiem wychowanym na froncie – ja jestem dzieckiem wychowanym w pokoju i wbrew złorzeczeniom o tchórzostwo, to raczej stan nudy większe we mnie wzbudza podniecenie niż burzenie murów.
Ja z ciekawością innej daty wyglądałem. Tak sobie wykoncypowałem, że II Rzeczypospolita przeżyła lat 20 (nie licząc czasów wojny, bo trudno powiedzieć, żeby wtedy była jakoś specjalnie efektywnym i sprawnym organizmem). Czekałem więc momentu, kiedy III Rzeczypospolitej uda się przebić ten wynik. I co? Udało się – nawet w Unii jesteśmy, nawet w pakcie Północnoatlantyckim jesteśmy i z innymi ziomkami się kumplujemy, którzy twierdzą, że nawet nas obronią jakby co. No ale wzmianki to ta informacja nie doczekała się żadnej. Po wszystkich spłynęła nowina, że udało nam się utrzymać na wodzie tak długo i jeszcze dajemy radę. Co prawda nasz stan niezawisłości nie zależał zazwyczaj od nas, ale od chciejstwa naszych sąsiadów, ale na razie nie szykuje się, żeby ktokolwiek miał nas najeżdżać. Finansowo nas kolonizują – to prawda, ale z czołgami nikt na nas na razie nie jedzie. Jest więc szansa, że zostawimy II Rzeczypospolitą w tyle, choć do rekordu I-wszej jeszcze dużo nam zostało.
W kultowym komiksie „Osiedle Swoboda” Michała Śledzińskiego jeden z bohaterów taką tezę wysnuwa – otóż Polacy stworzeni są do bitki, do życia w konflikcie. W średniowieczu było się z kim tłuc – Krzyżacy, Tatarzy, Rosjanie, Ukraińcy, a potem byli i Szwedzi i Niemcy i znowu Rosjanie, a jak był spokój, to między sobą się tłukliśmy, więc przychodził obcy i najeżdżał. A jak był najeźdźca i opresor to znowu było na kim złość wyładować. Za komuny też było kogo bić. A teraz? 20 lat wolnej Polski i krajanom znowu palma odbija, więc się między sobą tłuką. Im dłużej żyję, tym bardziej skłaniam się ku słuszności tej teorii.
Tak więc cały czas uważam, że w przypadku Polski należy mierzyć nie osiągnięcia, ale to, ile lat wytrwaliśmy w wolnym państwie. Tak jak na budowach i w fabrykach są czasami wskaźniki „X dni bez wypadku”, tak Polska powinna dostawać nagrodę za każdy kolejny rok, który udaje nam się przetrwać bez wybuchu jakiegokolwiek konfliktu, a Polacy powinni dostawać medale za wytrwałość. Bo że nas kto inny najedzie i nas stłamsi – no z tym nic nie zrobimy. I tak silnej armii nie wystawimy, bo się nie możemy dogadać, a poza tym pieniądzem nie śmierdzimy. Ale za wytrwałość w wytrzymywaniu z samymi sobą – to jest coś za co nam się należą wszelkie splendory. Nie wiem tylko jeszcze, kto miałby nam takie odznaczenia wręczać, ale z pewnością się nam należą.
Ja z ciekawością innej daty wyglądałem. Tak sobie wykoncypowałem, że II Rzeczypospolita przeżyła lat 20 (nie licząc czasów wojny, bo trudno powiedzieć, żeby wtedy była jakoś specjalnie efektywnym i sprawnym organizmem). Czekałem więc momentu, kiedy III Rzeczypospolitej uda się przebić ten wynik. I co? Udało się – nawet w Unii jesteśmy, nawet w pakcie Północnoatlantyckim jesteśmy i z innymi ziomkami się kumplujemy, którzy twierdzą, że nawet nas obronią jakby co. No ale wzmianki to ta informacja nie doczekała się żadnej. Po wszystkich spłynęła nowina, że udało nam się utrzymać na wodzie tak długo i jeszcze dajemy radę. Co prawda nasz stan niezawisłości nie zależał zazwyczaj od nas, ale od chciejstwa naszych sąsiadów, ale na razie nie szykuje się, żeby ktokolwiek miał nas najeżdżać. Finansowo nas kolonizują – to prawda, ale z czołgami nikt na nas na razie nie jedzie. Jest więc szansa, że zostawimy II Rzeczypospolitą w tyle, choć do rekordu I-wszej jeszcze dużo nam zostało.
W kultowym komiksie „Osiedle Swoboda” Michała Śledzińskiego jeden z bohaterów taką tezę wysnuwa – otóż Polacy stworzeni są do bitki, do życia w konflikcie. W średniowieczu było się z kim tłuc – Krzyżacy, Tatarzy, Rosjanie, Ukraińcy, a potem byli i Szwedzi i Niemcy i znowu Rosjanie, a jak był spokój, to między sobą się tłukliśmy, więc przychodził obcy i najeżdżał. A jak był najeźdźca i opresor to znowu było na kim złość wyładować. Za komuny też było kogo bić. A teraz? 20 lat wolnej Polski i krajanom znowu palma odbija, więc się między sobą tłuką. Im dłużej żyję, tym bardziej skłaniam się ku słuszności tej teorii.
Tak więc cały czas uważam, że w przypadku Polski należy mierzyć nie osiągnięcia, ale to, ile lat wytrwaliśmy w wolnym państwie. Tak jak na budowach i w fabrykach są czasami wskaźniki „X dni bez wypadku”, tak Polska powinna dostawać nagrodę za każdy kolejny rok, który udaje nam się przetrwać bez wybuchu jakiegokolwiek konfliktu, a Polacy powinni dostawać medale za wytrwałość. Bo że nas kto inny najedzie i nas stłamsi – no z tym nic nie zrobimy. I tak silnej armii nie wystawimy, bo się nie możemy dogadać, a poza tym pieniądzem nie śmierdzimy. Ale za wytrwałość w wytrzymywaniu z samymi sobą – to jest coś za co nam się należą wszelkie splendory. Nie wiem tylko jeszcze, kto miałby nam takie odznaczenia wręczać, ale z pewnością się nam należą.
Tadeusz Fułek
