
Człowiek, który położył podwaliny pod instytucję tak dzisiaj krytykowaną, miałby być takim samym orędownikiem jak – nie sięgając daleko – święty Jan Paweł II? Jego niebiańska moc sprawcza mogłaby być równie mocna jak papieża-Polaka? Czym sobie zasłużył Robert Schuman na to, że dziś wspominamy go nie tylko jako skutecznego polityka europejskiej sceny powojennej, ale i wzywamy go, prosząc o wstawiennictwa u Boga?
REKLAMA
Na szczeblu diecezjalnym proces otworzył ówczesny biskup Metzu Pierre Raffin. Miało to miejsce 9 czerwca 1990 roku w kaplicy sióstr służebniczek Serca Jezusowego w Scy-Chazelles. Na tym etapie zebrano ponad 750 dokumentów związanych z życiem i działalnością Ojca Europy. Przesłuchano ponad 200 świadków, przede wszystkim współpracujących z nim polityków. Komisja historyczna zebrała i zbadała wszystkie teksty jego autorstwa, analizując zarazem jego wpływ na historię współczesną.
Grupa teologów sprawdziła, czy owe pisma nie zawierają niczego, co byłoby sprzeczne z doktryną Kościoła . Gromadzenie dokumentów beatyfikacyjnych na tym szczeblu zostało zakończone w 2004 roku. Dwa lata później, 10 lutego 2006 roku, watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła pozytywnie dekret o ważności etapu diecezjalnego. Obecnie trwa rzymski etap tego procesu. Pisane jest tzw. positio, czyli obszerne opracowanie o życiu i cnotach lub męczeństwie sługi Bożego. Jest ono podstawą do ogłoszenia dekretu o heroiczności cnót kandydata na ołtarze.
Powszechne powołanie do świętości
Tyle o historii i zawiłościach działań kościelnych instytucji. Dość nachalnie nasuwa się bowiem jedno ważne pytanie: skoro nie zginął jako męczennik, to na czym polegał jego heroizm i świętość? Jak wspominają Giuseppe Audisio i Alberto Chiara, „Robertowi Schumanowi udawało się godzić modlitwę z działaniem, politykę z miłością, osobistą świętość z dobrem publicznym”. Przywołują też słowa biskupa Spiry, Isidora Markusa Emanuela, który swego czasu napisał: „Jego beatyfikacja jasno pokazałaby światu, że i dzisiaj możliwa jest świętość w polityce” . Być może dla wielu brzmi to jak wyświechtane farmazony, bo któż z nas nie ma wciąż w pamięci słów o „polityce miłości”.
Jednakże przywołując kolejne wyrażenie, które weszło do kanonu polskiej polityki, warto pamiętać i o tym, że prawdziwego mężczyznę, a zwłaszcza polityka, poznaje się po tym, jak kończy, i po owocach jego działalności. A akurat Robert Schuman nie musi się wstydzić tego, jak skończył. Ponadto owoce, jakie po sobie zostawił, charakteryzowały się dużą dojrzałością. Prawie 20 lat temu, 13 czerwca 1992 roku, Josef Stimpfle, ówczesny arcybiskup Augsburga, przy okazji odbierania złotego medalu imienia Roberta Schumana stwierdził, że to dzięki jego działalności nastąpiły rok po roku trzy wydarzenia, które Stimpfle określił mianem cudownych: upadek żelaznej kurtyny, zjednoczenie Niemiec oraz ostateczny krach komunizmu na wchodzie Europy . Można się spierać z tym dalekosiężnym przyczynowo-skutkowym rozumowaniem, natomiast nie można zaprzeczyć, że działalność Schumana kilkadziesiąt lat wstecz nie miała na te wydarzenia żadnego wpływu.
Faktem jest również – choć znowu może to zabrzmieć górnolotnie – że obecność w polityce traktował on jako służbę i powołanie. Wierny przez całe życie duchowej dyscyplinie, którą zaszczepiła w nim matka, w młodości często myślał o kapłaństwie. Chciał zostawić wszystko i poświęcić się modlitwie w ciszy klasztoru. Jego najlepszy przyjaciel Henri Eschbach w 1911 roku przekonał go jednak do innego rozwiązania, które może przynieść więcej owoców. Eschbach proroczo wręcz przekonywał go, że pilną koniecznością jest apostolstwo świeckich i że nie może sobie wyobrazić lepszego apostoła niż właśnie Schuman. Był przekonany, że jako świecki uczyni on o wiele więcej dobra. Było to zresztą najgłębszym pragnieniem jego przyjaciela, którego matka powtarzała często: „Trzeba przeżyć życie, czyniąc dobro innym” . Przekonany przez Eschbacha, Schuman postanowił poświęcić cały swój czas i wszystkie siły udziałowi w apostolstwie Kościoła, „zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej” , najpierw krótko jako prawnik, potem już jako polityk. Takie całkowite zaangażowanie sprawiło, że do końca życia był celibatariuszem. I nie był to skutek czy konsekwencja jego aktywności, ale w pełni świadoma decyzja podjęta na początku kariery politycznej.
Wróćmy jednak do cytowanych słów Audisia i Chiary. Wydaje się, że nieprzypadkowo na pierwszym miejscu wymienili oni połączenie modlitwy z działaniem. Schuman od wczesnego dzieciństwa aż do śmierci starał się jak najczęściej uczestniczyć we Mszy świętej. Także wtedy, gdy pełnił najważniejsze państwowe urzędy. Jego współpracownicy z ministerstwa spraw zagranicznych, gdzie urzędował w latach 1948–1953, wspominali, że praktycznie codziennie ich szef przed rozpoczęciem urzędowania przy Quai d’Orsay uczestniczył w Eucharystii w pobliskim kościele. Z powodu tego publicznego przyznawania się do swojej wiary często stawał się obiektem złośliwości i nieprzyjemności. Trzeba jednak podkreślić, że były to ataki nieuzasadnione. Schuman realizował bowiem ewangeliczne wezwanie do działania wedle zasady „tak, tak – nie, nie”. I podkreślali to nie tylko jego przyjaciele, ale też adwersarze, którzy mimo prowadzonych sporów potrafili docenić jego postawę, która nie wynikała z kunktatorstwa”.
Kostecki Paweł. Robercie Schumanie, módl się za nami! W: Schuman i jego Europa (pod red. Anny Radwan). Warszawa, Polska Fundacja im. Roberta Schumana, 2015. s. 79, 80.
Dla Czytelników NaTemat mamy w prezencie egzemplarze monografii „Schuman i jego Europa”! Zainteresowanych prosimy o kontakt z Fundacją Schumana: 22 621 21 61, poczta@schuman.pl
