W obliczu zamachów w Paryżu ponownie wzrosła temperatura wokół debaty o przyjmowaniu uchodźców w Europie. Posłowie z klubu Kukiz15 już apelują do polskiego rządu o wycofanie się z dotychczasowych ustaleń na forum UE, dot. tzw. relokacji uchodźców na terenie Unii. W tym tonie wypowiedział się także Konrad Szymański – kandydat na ministra ds. europejskich. Debata niestety przybiera radykalne czarno-białe barwy, które nie pozwalają rozmawiać o meritum problemu.

REKLAMA
Czy przyjęcie ok. 7.000 uchodźców – bo na taką liczbę zgodził się polski rząd, jest naprawdę aż tak wielkim problemem dla 38 milionowego kraju o pow. ponad 300 tys. km2? Sugerowanie, że jest to zagrożenie dla polskiej tożsamości, szczególnie w ustach polityków podkreślających, że Polacy to ‘wielki i dumny naród’ brzmi dość zabawnie. Nie przesadzajmy, że pomoc takiej ilości ludzi byłaby dla Polski jakimś niemożliwym do podjęcia wysiłkiem. Odmowa pomocy w takiej skali jest raczej świadectwem egoizmu i braku poczucia jakiejkolwiek solidarności – zarówno z członkami Wspólnot Europejskich, jak i z ludźmi, którzy uciekają przed wojną. Ewentualnie dowodem lenistwa rządzących, którzy musieliby wreszcie stworzyć jakiś sensowny system postępowania z uchodźcami. Warto przy tym podkreślić, że wspomniany brak solidarności nie dotyczy tylko Niemców, na których zwykło się zwalać winę za obecną sytuację, ale w dużym stopniu np. także przeciążonych uchodźcami Węgrów czy Słowenii bądź Austrii.
Cała groteskowość argumentów podawanych przez przeciwników przyjęcia jakiejkolwiek grupy uchodźców i obrzydliwość ‘hejtu’, jaki czasem jest kierowany do uciekających przed wojną ludzi nie zmienia jednak faktu, że UE i jej członkowie powinni bardziej zdecydowanie i energicznie chronić zewnętrzną granicę Unii. Przyjęcie milionowych rzesz ludzi z Bliskiego Wschodu w Europie jest niemożliwe bez poważnych, często niestety negatywnych konsekwencji dla europejskich państw. Dotychczasowe stanowisko Niemiec, sprowadzające się do słabo kontrolowanego procesu wchłaniania właściwie nieograniczonej ilości migrantów jest nie do utrzymania. Obecne konflikty we Francji, Wielkiej Brytanii czy w Niemczech udowadniają, że każda społeczność ma ograniczoną zdolność do absorpcji i tolerowania odmienności. Ona, w różnych społecznościach, może być większa lub mniejsza (przykładowo w Wielkiej Brytanii czy Holandii jest z pewnością większa niż np. w Polsce czy na Węgrzech), ale jednak wszędzie istnieje. I, dla politycznej poprawności, udawanie, że jest inaczej skończy się (a w niektórych krajach już się skończyło) wzrostem poparcia dla radykalnej prawicy, kwestionującej w ogóle cały sens integracji europejskiej i jakąkolwiek tolerancję dla odmienności. Tak, jak państwa europejskie nie są w stanie, a nawet nie powinny wymuszać np. na krajach Zatoki Perskiej przyjęcia zachodniego modelu wartości czy zaproszenia znacznej grupy imigrantów z Europy, tak nie można od narodów europejskich i znajdujących tu społeczności lokalnych wymagać przyjmowania imigrantów w liczbie, która dla znacznej części rdzennych mieszkańców wydaje się nieakceptowalna.
Gdyby ktoś mnie zapytał się czy miałbym coś przeciwko, aby w moim bloku zamieszkał imigrant – przedstawiciel zupełnie innej kultury – chciałbym go serdecznie przyjąć jak każdego innego sąsiada. Oczywiście przy założeniu, że będzie szanował powszechnie obowiązujące prawo i zasady współżycia społecznego – co tyczy się każdego nowego mieszkańca, niezależnie od pochodzenia. Ale gdyby okazało się, że mam mieszkać na osiedlu, gdzie dominują już przybysze z innego kontynentu, nie mówiący w większości po polsku, wyznający inną religię, stosujący jednak inne obyczaje itd. – to nie zawahałbym się zaprotestować - a gdyby to okazało się nieskuteczne – wyprowadzić. I założę się, że wielu Europejczyków odpowiedziałaby tak samo. A czy można żądać od Francuzów, Polaków, Węgrów, kogokolwiek, aby czuł się przymuszony do ucieczki we własnym kraju?
I dlatego dyskusji o budowaniu murów czy innych zabezpieczeń na granicy UE nie można od razu utożsamiać z nienawiścią wobec obcych. Zwolennicy swobodnych migracji przekonują, że ‘żaden człowiek nie jest nielegalny’. To z pewnością prawda. Ale to nie ma nic do legalności lub nielegalności przekraczania granic państwowych. Jeżeli już ustanowiliśmy jakieś granice i zdecydowaliśmy się, że ich przekraczanie wymaga spełnienia pewnych procedur, jak np. poddanie się kontroli w określonym punkcie granicznym, pokazanie dokumentów, a następnie wykonanie podróży w zadeklarowanym, legalnym celu i powrót do miejsca zamieszkania w określonym czasie, to naturalną konsekwencją jest, że te granice powinny być pilnowane. A jeśli obecny system kontroli przestał działać, należy rozważyć inne, bardziej skuteczne metody, które uporządkują sytuację.
I zdecydowanie lepiej by się stało, gdyby takie działania zostały podjęte na zewnętrznych granicach Unii Europejskiej, przy solidnym wysiłku i wsparciu wszystkich jej członków. W przeciwnym wypadku poszczególne państwa zaczną to robić samodzielnie, doprowadzając do erozji układu z Schengen. A to byłoby fatalne dla całej Europy i jej mieszkańców.
Reasumując: wszelkie akty nienawiści wobec imigrantów, skądkolwiek by nie przybywali, są oburzające. Należy im się godne traktowanie. Jakąś część uchodźców – osób uciekających przed wojną - możemy w Europie przyjąć, także w Polsce. Jesteśmy moralnie zobowiązani, aby tym ludziom pomóc. Ale nie może to być proces niekontrolowany. Europa nie będzie w stanie przyjąć wszystkich chętnych, szczególnie imigrantów ekonomicznych. Naciskanie na przyjmowanie zbyt dużej liczby imigrantów spotęguje lokalne konflikty na tle kulturowo-narodowościowym, spowoduje wiele problemów społecznych, kulturowych i ekonomicznych. Aby temu zapobiec trzeba skutecznie chronić zewnętrzne granice Unii Europejskiej. Kraje wewnętrzne powinny w tym wspomóc państwa frontowe. W przeciwnym razie grozi nam powrót granic w UE. Brak ochrony granicy unijnej przyczyni się więc do powstania nowych (czy tez powrotu starych). A chyba nie o to chodzi zwolennikom ‘otwartych granic’.
Rafał Dymek, Polska Fundacja im. Roberta Schumana