
W ostatnich dniach obserwujmy próbę wzmożonej aktywności polskiego rządu i polityków PiS w sprawie reformowania Unii Europejskiej. Spróbujmy, bez bieżących emocji partyjno-politycznych, podsumować najważniejsze pomysły.
REKLAMA
Na wstępie warto podkreślić, że sam fakt, iż Polska próbuje wyjść z inicjatywą jest czymś pozytywnym. Rzeczywiście nie ma powodu, aby cicho czekać na głos ze strony Niemiec czy Francji. Przedstawienie swojej wizji na przyszłość Europy i zarysowanie pewnych propozycji może być korzystne z punktu widzenia kształtowania pozycji Polski na forum UE. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy to traktowali jako punkt wyjścia do dyskusji, a ostatecznych odstępstw, nawet znacznych, nie będziemy traktowali jako wyrazu rzekomego lekceważenia.
Wśród przedłożonych propozycji znalazły się takie, które powodują konieczność zmiany w Traktatach. Jest to bardzo trudne do przeprowadzenia, ponieważ próba ratyfikacji zmian w 28 (?) krajach jest obarczona bardzo dużym ryzykiem niepowodzenia. Szczególnie, że w niektórych z nich można spodziewać się przeprowadzenia referendów, które zostaną wykorzystane do wewnętrznej walki politycznej. Możliwe więc, że wielu przywódców państw UE nie będzie miało ochoty na grzebanie w Traktacie. Ale też próby otworzenia dyskusji nad nim, z założeniem, że jest ona przewidziana na dłuższy okres, nie ma co z góry dyskredytować.
Pojawiła się propozycja, aby wzmocnić Radę Europejską, kosztem uprawnień Komisji. To rozwiązanie wydaje się akurat mało szczęśliwe. PiS wielokrotnie powtarza, że nie chce Europy zdominowanej przez Niemcy, do spółki z Francją. Tymczasem "koncert mocarstw" w Europie ryzykujemy właśnie osłabiając Komisję i wzmacniając Radę. To w Radzie głos niemieckiej kanclerz czy francuskiego prezydenta jest w tej chwili najsilniejszy. Komisja, wbrew pozorom, w wielu sprawach działa w interesie mniejszych krajów. To właśnie Komisja próbuje ograniczać monopole na rynku energetycznym, konsekwentnie broni takich wartości jak swoboda przepływu osób czy towarów. Identyczna uwaga dotyczy pomysłu zmiany zasad funkcjonowania Parlamentu Europejskiego – aby był on wybierany nie w demokratycznych wyborach, ale stanowił delegacje z parlamentów narodowych. To dość dziwny pomysł w kontekście dyskusji o tym, że "Unia jest za mało demokratyczna", co lubią powtarzać także politycy PiS.
Do dyskusji jest natomiast problem ograniczania zasady subsydiarności, przynajmniej w niektórych obszarach. Obserwujemy tendencję do powolnego, acz konsekwentnego przesuwania zakresu jurysdykcji prawa europejskiego i uprawnień instytucji europejskich w wielu dziedzinach. Widać to choćby po tym, że przyjmowanych jest coraz więcej dyrektyw (czyli aktów wiążących co do celu, a nie metodologii, która powinna zostać dookreślona w krajowych ustawach), które w rzeczywistości nie pozostawiają żadnej swobody w sposobie wdrażania państwom członkowskim i dyrektywami są tylko z nazwy. Faktycznie od rozporządzeń (czyli aktów prawnych obowiązujących bezpośrednio) różnią się one marginalnie. Rozmowa o tym czy we wszystkich tych obszarach ścisła regulacja na poziomie ogólnoeuropejskim jest konieczna może być pożyteczna.
Ciekawy wydaje się powrót do pomysłu, aby Unia miała wspólną armię i mocniejszą wspólną politykę zagraniczną. Przynajmniej tak zrozumiałem intencje wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu dla Rzeczpospolitej, który pojawił się bezpośrednio po referendum w Wielkiej Brytanii. Niestety propozycja ta nie została chyba więcej powtórzona. Trudno więc powiedzieć czy była to jednorazowa myśl, czy też będzie ona jeszcze rozwijana. Idea ta bez wątpienia spotka się z oporem najsilniejszych państw. Niemniej jednak warto ten postulat (bo przecież nie jest on zupełnie nowy) ponownie położyć na stole.
W propozycji Jarosława Kaczyńskiego pojawił się także postulat powołania "Prezydenta UE". Na razie nikt nie wyjaśnił na czym miałaby polegać jego rola i czym faktycznie różniłby się on od obecnego Przewodniczącego Rady. Trudno więc ten pomysł ocenić. Przy okazji warto podkreślić, że jest bardzo szkodliwe dla całej Unii, jak i dla samej Polski, podważanie obecnej pozycji Donalda Tuska, w tym obarczanie go winą za Brexit i inne niepowodzenia. Donald Tusk akurat mógłby być sojusznikiem we wdrażaniu niektórych pomysłów zmian w Unii, rozumie też stanowiska i niuanse myślenia społeczeństw Europy Środkowej. Prowadzenie politycznej i wizerunkowej walki z Tuskiem, którą prowadzi obecnie PiS dla celów polityki wewnętrznej i z powodu osobistych animozji jest bardzo szkodliwe i mało poważne.
Z wypowiedzi wielu polityków PiS wynika, że chcieliby oni generalnie osłabienia roli Unii i powrotu do czegoś w rodzaju konfederacji państw narodowych. Taka idea jest zresztą czasem sprzeczna z niektórymi konkretnymi postulatami, jak choćby powołanie europejskiej armii. Zdaniem polityków PiS przesunięcie wielu uprawnień z powrotem do państw członkowskich zapobiegłoby Brexitowi. Diagnoza ta wydaje się błędna. Jednym z głównych argumentów zwolenników wyjścia z UE w Wielkiej Brytanii wcale nie były mityczne uprawnienia Brukseli, ale migracje, w tym dużej mierze imigracja z innych państw UE. Jedynym argumentem, który w Anglii mógłby przekonać choćby część zwolenników ‘leave’ na rzecz "remain" byłoby drastyczne ograniczenie swobody przepływu osób. Nie jest to z pewnością w interesie Polski. Jeżeli PiS chciał zapobiec Brexitowi, to w tej materii Beata Szydło powinna zaoferować podczas negocjacji znacznie więcej Davidowi Cameronowi. Z jakiś względów jednak nie chciała tego zrobić. A osłabianie Unii i wzmacnianie państw członkowskich to silniejszy głos Niemiec, a słabszy dla Polski czy Estonii. Czy na pewno takie jest zamierzenie?
Niezbyt szczęśliwe wydaje się także powiązanie dyskusji na temat zasady subsydiarności (co jak pisałem powyżej ma sens) z aktualnym zaangażowaniem Komisji Europejskiej w rozwiązanie sporu o polski Trybunał Konstytucyjny. Już na poziomie taktycznym jest to pokazanie, że tak naprawdę nie o rozwiązanie problemów Europy tu chodzi, ale o otrzymanie większej swobody w politycznych porządkach we własnym kraju. Po drugie, przynajmniej jak na razie, Europa to jednak nie tylko wspólny rynek, ale także pewna wspólnota wartości, o których jest mowa także w Traktatach. Polacy, głosując za przystąpieniem do Unii, raczej świadomie, identyfikowali się także z tymi wartościami. Jeżeli pojawia się poważny niepokój, że któreś z tych wartości mogą być zagrożone, zaangażowanie Komisji powinno być naturalne. I nie ma nic wspólnego z ograniczaniem suwerenności, jak twierdzi obecny rząd. Tym bardziej, że jak na razie nikt z Komisji nie próbuje arbitralnie narzucić konkretnego rozwiązania. Jej intencją jest raczej próba znalezienia konsensusu, który uwzględniłby ważne postulaty sporej grupy obywateli, którzy sytuacją wokół Trybunału są bardzo zaniepokojeni.
Poczekajmy na bardziej konkretne postulaty proponowanych zmian, wtedy będzie można ocenić czy odpowiadają one wyobrażeniom sformułowanym na podstawie podanych dotychczas ogólników. Obecny rząd powinien jeszcze pamiętać o jednym. Aby cokolwiek z naszych propozycji miało szanse na urzeczywistnienie musimy mieć w Unii sojuszników. Tymczasem na Niemców się obraziliśmy, Francję kopiemy po kostkach w sprawach gospodarczych Wielka Brytania jest pogrążona w wewnętrznym chaosie, Komisję Europejską sami wypraszamy dopatrując się w jej działaniach zamachu na suwerenność, Donalda Tuska obarczamy winą za wszelkie katastrofy, kraje Europy Środkowej chyba nie bardzo chcą uczestniczyć w naszej grze, a Europa Południowa zajęta jest swoimi problemami i nasze kłopoty mało kogo tam obchodzą. Być może warto więc podjąć autorefleksję nad aktualną sytuacją geopolityczną. W przeciwnym razie za kilka miesięcy usłyszymy żal i frustrację, że nikt polskich propozycji nie traktuje poważnie. I nie będzie to wynikać z tego, że gdzieś zawiązany został antypolski spisek. Raczej z tego, że nawet dla sensownych pomysłów trzeba budować front przyjaciół, a nie front wrogów.
Rafał Dymek, Polska Fundacja im. Roberta Schumana
