Spotkałem się niedawno ze znajomym profesorem, jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym w kraju ekspertem od polskiego samorządu i wyborów samorządowych. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że sam też ma doświadczenie samorządowe. Z powodzeniem wystartował w pierwszych wolnych wyborach do rad gmin w roku 1990. Ale jeszcze bardziej zaskoczyła mnie historia, którą opowiedział.

REKLAMA
Otóż profesor Andrzej Piasecki był na początku lat dziewięćdziesiątych członkiem rady gminy w Turku. Jedna z pierwszych decyzji tej Rady wydaje się dzisiaj nie do pomyślenia. Radni podjęli uchwałę, że zrzekają się całkowicie diet i będą pracować w stu procentach za darmo. Uchwałę podjęli jednogłośnie.
Wtedy media nie zainteresowały się szczególnie rezygnacją radnych z należnych im pieniędzy. Ciekawszym tematem było „układanie się” w nowo powstałych samorządach i uchwały merytoryczne rad, które w wielu przypadkach zajęły się w pierwszej kolejności tematami takimi, jak zmiany nazw ulic z PZPR-owskich na „wolnopolskie”. Dzisiaj mogłoby być podobnie – znalazłyby się ciekawsze dla mediów tematy. Ale przede wszystkim trudno sobie wyobrazić, żeby teraz taka sytuacja mogła mieć miejsce.
Jakim cudem wtedy było to możliwe? Wybory w roku 1990 były wyjątkowe. Na fali zmian ustrojowych do samorządów poszli masowo solidarnościowcy, społecznicy, lokalni liderzy. Ludzie bez politycznego doświadczenia, często bez przygotowania, nie zawsze z świadomością tego, na co się porywają. Ale za to w zdecydowanej większości świadomi obywatele, którzy chcieli mieć wpływ na swoje najbliższe otoczenie: miasto, wieś, gminę – a nie polityczni karierowicze. W każdej kolejnej kadencji takich ludzi ubywało – albo polityka czy władza ich zwyczajnie „psuła”.
A przecież samorząd powinien być właśnie taki, jak te pierwsze rady. Złożony z ludzi z powołaniem, pasją, chęcią działania. Ludzi, którzy już coś osiągnęli na innej płaszczyźnie, są niezależni finansowo, nie idą do polityki dla pieniędzy. Tak, jak radni z Turku – którzy mogli sobie pozwolić na pracę społeczną również dlatego, że nie żyli z polityki.
Takich ludzi jest mnóstwo – zakładają stowarzyszenia, fundacje, lokalne inicjatywy. W samym Krakowie przykładów można znaleźć kilkadziesiąt. Ale jak słyszą słowo: „wybory”, zapał gaśnie. A nie powinien. Samorząd może być wolny od politykierstwa. Na radach miast czy gmin wcale nie muszą ciążyć ogólnopolskie partyjne spory i gierki. Odpartyjnienie samorządów w Polsce pozwoliłoby przywrócić zapał i świeżość z pierwszych lat po przemianach ustrojowych. Dlatego obywatele, organizujcie się! Zakładajcie lokalne, obywatelskie komitety wyborcze. Wyprzyjcie z samorządów partyjnych działaczy i weźcie odpowiedzialność za swoje miasta czy gminy. Taki właśnie, obywatelski komitet zakładamy w Krakowie. Na naszych listach wyborczych będą ludzie, którzy rzeczywiście chcą i potrafią zmienić to miasto.