Reforma 67 jest krokiem we właściwym kierunku. Ale jest absolutnie niewystarczająca. Nie zapobiegnie katastrofie systemu emerytalnego, a tylko nieco odsunie ją w czasie.

REKLAMA
Nie ma dwóch zdań co do tego, że polski system emerytalny bez reform się załamie. Bo dla systemu repartycyjnego – umowy pokoleniowej, zgodnie z którą pracujemy nie na własną, indywidualną emeryturę, tylko na emeryturę kogoś, kto już nie pracuje – dzisiejsze tendencje demograficzne nie są już zagrożeniem, tylko katastrofą. Ale to żadne odkrycie. Żyjemy coraz dłużej, rodzi się coraz mniej dzieci – więc coraz mniej z nas płaci składki, a coraz więcej – pobiera świadczenia. I ta tendencja się pogłębia. Dlatego podniesienie wieku emerytalnego jest konieczne i niezbędne. Dzięki takiej reformie przesuwamy kilka roczników z grupy świadczeniobiorców do grupy tych, którzy na ich emerytury pracują. Ale mimo to nakreślona przez rząd Tuska perspektywa roku 2040 nie wygląda dobrze. Z czystej matematyki wynika, że stosunek pracujących do emerytów będzie gorszy niż dziś nawet przy założeniu, że kilka roczników pracować będzie dłużej. Dlatego reforma 67 nie wystarczy.
Polska się wyludnia. W światowych statystykach dzietności na 222 krajów na świecie zajmujemy fatalne, 13 miejsce od końca. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, na 1 kobietę przypada statystycznie 1,3 dziecka. Potrzebujemy „mody na dzieci”. Sama nie przyjdzie. Żeby stała się faktem, reformie emerytalnej musi towarzyszyć pakiet rozwiązań ułatwiających łączenie macierzyństwa czy tacierzyństwa z pracą oraz wspierających rodziny wielodzietne, na przykład częściowym albo zupełnym zwolnieniem z podatku dochodowego.
Polacy nie muszą się rodzić w Polsce. W naszym kraju nie istnieje dziś w ogóle coś takiego, jak polityka migracyjna. Niech pracują u nas, asymilują się i stają się Polakami ludzie z innych krajów, zwłaszcza tych podobnych kulturowo. Ale to też wymaga ustawowych ułatwień. Polska ma ogromny potencjał – może z łatwością ściągać młodych i zdolnych Ukraińców czy Białorusinów, i warto to robić.
Żeby system się nie zawalił, pracować musi więcej Polaków w wieku produkcyjnym. Z ostatnich danych GUS wynika, że pracuje ich zaledwie 50%, czyli tylko co drugi Polak płaci na polskiego emeryta. To można zmienić ułatwiając działanie przedsiębiorcom, likwidując bariery dla prowadzenia własnego biznesu, obniżając podatki. To sprawi, że więcej Polaków decydować się będzie na własną firmę, a te istniejące będą chętniej zatrudniać.
Nie ma racji bytu także kontynuowanie sytuacji, w której wciąż w naszym kraju istnieją grupy uprzywilejowane. Z jednej strony rolnicy płacą znacznie niższe składki (które pokrywają mniej niż 10% wydatków na emerytury i renty rolnicze), z drugiej – ciągle mamy grupy zawodowe, które na emeryturę mogą przejść znacznie wcześniej. Pod tym względem reforma Tuska jest pozorna. Teoretycznie ma ukrócić przywileje emerytalne, ale Tusk nie chce odbierać praw już nabytych. Samo hasło „prawa nabyte” jest absurdalne. Przecież prawo do emerytury nabywa się osiągając pewien wiek, przez pewien okres czasu płacąc składki. Nie nabywa praw emerytalnych 20-latek, który właśnie rozpoczął pracę w Policji. A zgodnie z założeniami reformy emerytalnej, jeśli tylko podejmie pracę przed jej wejściem w życie, to – jeśli zechce – pójdzie na emeryturę i obciąży system już w wieku 35 lat.
Reforma 67 jest krokiem we właściwym kierunku. Ale jest absolutnie niewystarczająca. Po pierwsze dlatego, że jest rozłożona na tak długi okres czasu, a po drugie – bo ma charakter działania cząstkowego. Dlatego nie zapobiegnie katastrofie systemu emerytalnego, a tylko nieco odsunie ją w czasie. Zapobiec katastrofie może tylko i wyłącznie wdrożenie reformy 67 w połączeniu z wyżej opisanymi czterema działaniami: polityką prorodzinną, polityką migracyjną, polityką wzrostu zatrudnienia oraz polityką realnej likwidacji przywilejów emerytalnych.