Kiedy w związku z trudną sytuacją budżetową kolejni ministrowie finansów kazali obywatelom zaciskać pasa, partie polityczne były zwolnione z tych wyrzeczeń. O ile jeszcze w 2002 roku partie polityczne dostawały 37 milionów złotych, o tyle już 6 lat później z pieniędzy podatników na działalność partii przeznaczone było ponad 100 milionów zł.
REKLAMA
Nieraz już wypowiadałem się o tym, że obecny system finansowania partii jest nie do obronienia. Wskazywałem, że naprawdę trudno znaleźć argumenty jakich należałoby użyć, aby wytłumaczyć obywatelowi,dlaczego z jednej strony państwo oszczędza na edukacji czy służbie zdrowia, a z drugiej strony z płaconych przez niego podatków wspierane są te partie polityczne, których działalność uważa za szkodliwą dla Polski. Nie podjąłbym się więc próby wyjaśnienia wyborcy PiS-u z jakich ważnych powodów ma on finansować działalność Ruchu Palikota, podobnie jak nie potrafiłbym wskazać wyborcy Ruchu, dlaczego ma płacić na PiS.
Taką próbę podjęli natomiast posłowie Platformy i PiS-u którzy miesiąc temu, już po pierwszym czytaniu w Sejmie, odrzucili propozycję Ruchu Palikota, według której to obywatel miałby decydować, czy chce przeznaczyć 1 proc. swojego podatku na wybraną przez siebie partię polityczną. Wówczas przedstawiciele PO ramię w ramię z parlamentarzystami PiS-u skrytykowali nasz projekt, twierdząc iż partie polityczne rzekomo otrzymywałyby więcej pieniędzy z budżetu. Widać, że posłowie POPiS-u byli tak dumni ze swojej pracy, że zakładali, iż każdy obywatel ochoczo przeznaczyłby procent swojego podatku na działalność ich partii.
Dyskusja nad nowym, przedstawionym dziś przez Ruch Palikota projektem ustawy będzie sprawdzianem dla tych dwóch partii co do szczerości ich intencji. Wychodząc naprzeciw formułowanym zarzutom zaproponowaliśmy, by każdy z obywateli w swoim rocznym rozliczeniu podatkowym mógł przeznaczyć na jedną z partii politycznych 0,5 proc. ze swojego podatku, przy czym nie więcej niż 4 złote.
Ta kwota 4 złote to w przybliżeniu tyle, ile obecnie wynosi 0,5 proc. z podatku rocznie płaconego przez osobę otrzymującą wynagrodzenie minimalne. Nie jest więc tak, że na nowym systemie zyskiwałyby tylko te partie, na które głosują osoby najbogatsze. Wręcz przeciwnie, nasza propozycja jest z gruntu egalitarna i urzeczywistnia zasadę równej partycypacji politycznej niezależnej od stopnia zamożności.
Czekam więc z niecierpliwością na debatę sejmową, która pokaże jakimi przesłankami kierowali się posłowie, którzy odrzucili nasz wcześniejszy projekt. Decyzja o tym, czy dojdzie do gruntownej zmiany obecnego systemu finansowania partii politycznych, zależy już tylko od przedstawicieli największych klubów parlamentarnych. Mam nadzieję, że wyborcy rozliczą ich z tej decyzji i że dokonają tego także na kartkach swoich deklaracji podatkowych.
