Zauważyłem ostatnio, że wiele osób uległo złudnemu wrażeniu, że jeśli media nie donoszą o pewnych problemach, to znaczy że zostały one już w cudowny sposób rozwiązane. Pomimo tego, że dziś wszystkie tytuły prasowe opisują emocje towarzyszące kibicom przed meczem Polaków z Rosjanami, to ja chciałbym jednak opisać nieco inną potyczkę. Myślę, że warto poświęcić kilka słów toczącej się już od dłuższego czasu rozgrywce pomiędzy lekarzami a urzędnikami NFZ-u.

REKLAMA
Pierwszy etap tej walki miał miejsce na początku tego roku. Lekarze słusznie zwracali wtedy uwagę na zagrożenia związane z nową ustawą refundacyjną. Narażając się swoim zwierzchnikom w Platformie Obywatelskiej jeszcze w grudniu złożyłem interpelację do ministra zdrowia, starając się o to, aby znieść szkodliwe zapisy ustawy nakładające na lekarzy kary finansowe w przypadku wypisania recepty osobie nieuprawnionej do refundacji. Za słuszne uznałem bowiem argumenty lekarzy, iż przepisy tej ustawy nakładały na nich obowiązek niemożliwy do wykonywania. W związku z tym, że wciąż nie wprowadzono elektronicznej karty ubezpieczenia zdrowotnego, lekarz musiałby ponosić odpowiedzialność finansową za to, czy pacjenci przedstawili mu autentyczne dokumenty potwierdzające ich ubezpieczenie.
Ta regulacja wydawała mi się ponadto nieetyczna. Trudno było mi zaakceptować sytuację, w której NFZ miałby karać lekarza udzielającego pilnej i koniecznej pomocy pacjentowi, choćby ten nie posiadał przy sobie pliku wymaganych dokumentów. Problem tkwił bowiem w tym, że dla NFZ-u wzorowy lekarz to taki, który potrzebującego opieki chorego odesłałby do domu, z prośbą o przyniesienie w teczce zaświadczenia od pracodawcy, druku ZUS-RMUA oraz na wszelki wypadek paru innych „niezbędnych” papierów.

Na szczęście nawet w ministerstwie zdrowia w końcu opamiętano się i zdecydowano się usunąć ten nonsensowny przepis. Niestety wbrew oczekiwaniom lekarzy, sygnalizowane przez nich problemy wciąż nie zostały rozwiązane. Otóż duch biurokracji, który na chwilę opuścił gmach ministerstwa zdrowia żwawym krokiem powędrował w stronę nieodległych budynków Narodowego Funduszu Zdrowia. Urzędnicy NFZ-u tak się przywiązali do pomysłu karania lekarzy za błędy w wykonywaniu papierkowej pracy, że wykreślone z ustawy zapisy wprowadzili do treści umów wysyłanych lekarzom do podpisu.

Musieli się więc zdziwić, kiedy 31 maja, a więc w dniu w którym upłynął ostateczny termin na podpisanie umowy, zaledwie niewielki odsetek lekarzy zgodził się na zaporowe warunki stawiane przez NFZ. Reakcja lekarzy, choć w pełni zrozumiała, oznacza jednak, iż istnieje poważne zagrożenie, że po 1 lipca większość pacjentów będzie otrzymywać recepty pełnopłatne, a więc bez prawa do refundacji.

A zatem chociaż walka lekarzy z NFZ-em nie jest aż tak spektakularna jak dzisiejszy mecz piłkarski pomiędzy Polską a Rosją, to jednak jej społeczne konsekwencje mogą być naprawdę poważne. Mam nadzieję, że NFZ wycofa się z propozycji wprowadzenia kar umownych i zrozumie, na czym tak naprawdę polega praca lekarza. Warto, aby urzędnicy pracujący w NFZ-cie pamiętali o tym, że Hipokrates, który adeptom sztuki medycznej nakazywał „podejmować decyzje dla pożytku chorego”, nigdzie w tekście swojej przysięgi nie wspominał o obowiązku starannego wypełniania rozmaitych kodów na receptach, a tym bardziej o obowiązku sprawdzania autentyczności przedstawianych przez pacjenta dokumentów. Z całą stanowczością przyłączam się więc do apelu lekarzy, by umożliwić im wypełnienia ich podstawowej roli, a więc aby „pozwolić im leczyć”.