Polski rząd, jako jedyny w UE, najwyraźniej nie chce przystąpić do „Open Government Partnership”. „Partnerstwo Otwartych Rządów” zainicjowało 8 krajów - założycieli, m.in. USA i Wielka Brytania, we współpracy z międzynarodowymi organizacjami pozarządowymi.
REKLAMA
Do dziś OGP podpisało już 55 rządów świata, głównie Ameryki Północnej i Środkowej oraz Europy. Cele Partnerstwa są dwa: zwiększenie przejrzystości działań władzy publicznej i budowa społeczeństwa obywatelskiego. W praktyce przystąpienie do tej inicjatywy oznacza deklarację działań na rzecz zwiększenia udziału obywateli w tworzeniu prawa, wzrostu znaczenia konsultacji społecznych, wdrażania mechanizmów antykorupcyjnych, zwiększenia zastosowania najnowszych zdobyczy techniki w ułatwianiu dostępu do informacji publicznej. Stąd nazwa – rząd otwarty. Otwarty dla obywateli.
Kraj, który chce przystąpić do Partnerstwa, nie musi się godzić na żadne z góry narzucone nakazy czy reformy. Najpierw rząd podpisuje list intencyjny. Potem ma kilka miesięcy, żeby stworzyć we współpracy z NGO’s-ami własny (podkreślam: własny!) plan działania. Następnie, po akceptacji planu przez pozostałych sygnatariuszy, rząd podpisuje deklarację, że plan będzie realizowany. I później stan realizacji co roku raportuje.
Wszystkie kraje europejskie albo już podpisały porozumienie, albo są w trakcie podejmowania takiej decyzji. Ale Polska nie. Mimo że już w lutym polskie NGO’s-y (m.in. Fundacja Batorego i Helsińska Fundacja Praw Człowieka) sygnalizowały rządowi potrzebę przystąpienia do OGP. Co ciekawe, 4 kwietnia Komitet Stały Rady Ministrów zarekomendował rządowi podpisanie porozumienia. 6 dni później pojawił się nawet taki punkt w porządku obrad Rady Ministrów, ale nie został zrealizowany, a później już nie wrócił. W maju Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji wydało w tej sprawie bardzo ciekawe oświadczenie, z którego wynika, że rząd nie przystąpi póki co do porozumienia, bo nie ma przygotowanego planu.
Argumentacja taka jest nie do zaakceptowania z wielu powodów. Rząd, który funkcjonuje od 5 lat, nie powinien się nawet przyznawać, że nie ma planu działania w tak ważnych kwestiach, jak zapobieganie korupcji czy zwiększenie przejrzystości życia publicznego. Ale nawet jeśli nie ma planu, to od kwietnia ma jego propozycję, przygotowaną przez 13 polskich NGO’s-ów – którą wystarczy przejrzeć i się do niej odnieść. Brak planu jest jednak argumentem absurdalnym przede wszystkim dlatego, że do podpisania listu intencyjnego plan potrzebny nie jest. Wręcz przeciwnie, po to jest kolejnych kilka miesięcy do podpisania deklaracji, żeby program działań mógł powstać w drodze konsultacji społecznych.
O co więc tutaj chodzi? Teza z przywołanego wyżej oświadczenia Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, że „regulacje związane z tym obszarem były już w Polsce przedmiotem konfliktu”, jest skądinąd słuszna. Warto przypomnieć, jakie emocje wzbudziła w poprzedniej kadencji sejmu poprawka senatora Rockiego, która istotnie ograniczała dostęp do informacji publicznej i ostatecznie została uznana za niekonstytucyjną przez TK. Jakie oburzenie organizacji pozarządowych spowodowały w grudniu zmiany w regulaminie Rady Ministrów, zmniejszające rolę konsultacji społecznych. W tej sprawie zresztą do Premiera – bez skutku – interpelowałem. Warto przypomnieć sobie aferę z ACTA albo zajrzeć do prasy z ostatnich dni i przeczytać o planach upolitycznienia prokuratury. Może nie bez powodu coraz mniej Polaków postrzega Platformę Obywatelską jako obywatelską. Może w polskim rządzie nie ma woli otwarcia. Może odpolitycznienie państwa i większa przejrzystość to nie jest pożądany kierunek działania. Ale – cytując klasyka – jak, Panie Premierze, w takim kraju żyć?
