W ostatnich dniach afera taśmowa została kilkakrotnie porównana do afery Rywina. Posunąłbym się krok dalej. Afera taśmowa na pewno nie jest tak medialna, jak afera Rywina, ale jest znacznie poważniejsza.

REKLAMA
Istotą afery Rywina była propozycja kupienia ustawy. Sytuacja, w której za pieniądze można wpływać na proces stanowienia prawa w imię własnych, partykularnych interesów, jest dla każdej demokracji zabójcza. Trudno się więc dziwić, że afera Rywina odbiła się takim echem. Z drugiej jednak strony, sprawa została dokładnie zbadana przez sejmową komisję i inne instytucje państwowe – i wygląda na to, że był to przypadek jednorazowy. Czyli nic nie wskazuje na to, żebyśmy w Polsce mieli kiedykolwiek do czynienia z tak skorumpowaną władzą publiczną, która by systematycznie praktykowała proceder sprzedawania ustaw za pieniądze różnym grupom nacisku.
W aferze taśmowej spotykamy inny patologiczny mechanizm – zawłaszczanie instytucji publicznych przez partyjne koterie. Bo o czym rozmawia Łukasik z Serafinem? O ustawianiu przetargów i konkursów oraz zatrudnianiu według klucza partyjnego, a nie według kryterium kompetencji. O zakładaniu fikcyjnych firm i podpisywaniu fikcyjnych kontraktów w celu wyłudzania pieniędzy publicznych. Czy wreszcie o wstawianiu tzw. „słupów”, pokrywaniu prywatnych wydatków z pieniędzy podatników i niebotycznym windowaniu własnych uposażeń. To zjawiska równie niszczące dla demokracji, co handlowanie ustawami.
Rzecz w tym, że w przypadku afery taśmowej nie mamy raczej do czynienia z jednostkowym przypadkiem. Nic nie dowodzi, że Agencja Rynku Rolnego jest samotną wyspą na morzu polskich instytucji publicznych. Wręcz przeciwnie, wiele wskazuje na to, że to tylko wierzchołek góry lodowej (patrz wpis „Zielona Wyspa PSL” na blogu Palikota). I w tym właśnie sensie afera taśmowa jest znacznie poważniejsza. Bo dotyka problemu nie jednorazowego, ale systemowego i wszechogarniającego, który miesiąc po miesiącu, rok po roku niczym rak zżera polskie państwo.