W Polsce mamy sezon ogórkowy, przynajmniej teoretycznie. Ale za Atlantykiem trwa już gorąca batalia o jedno z najważniejszych stanowisk na świecie. Kandydaci na prezydenta USA jeżdżą po kraju i spotykają się z ludźmi. I, jak przystało na Amerykę, licytują się w krytykowaniu rywala.

REKLAMA
Wydaje się, że póki co więcej pretekstów do negatywnej kampanii daje Mitt Romney. Informacje o jego zagranicznych kontach m.in. w rajach podatkowych, a później ujawnienie kłamstwa w sprawie kierowania spółki Bain Capital (Romney utrzymywał, że w latach 1999-2001 nie miał nic wspólnego z zarządzaniem spółką, ale ujawnione zostały dokumenty, z których wynika, że w tym okresie podjął co najmniej 6 decyzji o inwestycjach zagranicznych firmy), pozwoliły na stworzenie świetnych spotów negatywnych, w których jeden z najbardziej eksponowanych atutów Romneya – czyli jego niezbędne w trudnych czasach biznesowe doświadczenie – sztabowcy Obamy przekuli w największą słabość.
Romney nie pozostaje dłużny. Powstał właśnie film dokumentalny o Baracku Obamie, utrzymany w konwencji demaskatorskich „Farhenheita 9/11” czy „W.” o Bushu Juniorze. Jego scenarzysta dotarł na przykład do brata amerykańskiego prezydenta, mieszkającego w szałasie w Kenii. Co twórcom filmu powiedział o swoim bracie George Obama, dowiemy się już za tydzień – premiera filmu planowana jest na 27 lipca. Z kolei najnowszy spot negatywny Romneya jest błyskawiczną reakcją na piątkową gafę konkurenta. Podczas wiecu 13 lipca z ust prezydenta padły słowa: Jeśli masz biznes, nie stworzyłeś go sam. Ktoś inny sprawił, że tak się stało (If you’ve got a busines, you dindn’t built that. Somebody else made that happen) . W kraju, gdzie wciąż żywe jest hasło „od pucybuta do milionera” i którego mieszkańcy głęboko wierzą, że ich osobisty sukces jest ich wyłączną zasługą, było to bardzo nieostrożne. Sztabowcy Romneya wypuścili szybko spot, w którym drobni biznesmeni mówią o swoich osiągnięciach, a sam kandydat słowa Obamy ocenia nie tylko jako głupotę, ale potwarz dla każdego amerykańskiego przedsiębiorcy.
Równolegle toczy się również druga walka – o fundusze na kampanię. W tej rywalizacji prowadzi wciąż jeszcze Obama, a jego sztabowcy nie ustają w wymyślaniu coraz to nowych sposobów na namówienie Amerykanów do choćby najmniejszej dotacji. Po wcześniejszym pomyśle „kolacji z Obamą” przyszedł czas na 51. urodziny prezydenta. Wpłacając nawet najmniejszą kwotę, można wylosować zaproszenie na imprezę urodzinową w chicagowskim rodzinnym domu Obamów. Tak jak w przypadku kolacji, organizatorzy promocji (która ma oczywiście swój regulamin) zapewniają przelot i hotel. Metody prezydenckich sztabowców chyba są skuteczne – wg The New York Times do końca marca Obama pozyskał 260 mln dolarów, podczas gdy jego rywal nie uzbierał nawet połowy tej kwoty (122 mln). W maju aż 84% pieniędzy pozyskanych na kampanię Romneya pochodziło od zaledwie 7% darczyńców. Dla porównania wpłaty najmniejsze – czyli 200 $ lub mniej – stanowiły w maju tylko 11 % wpłat na kampanię kandydata republikanów i aż 41% - na kampanię urzędującego prezydenta. Oznacza to, że wyborcze działania Obamy finansowane są przede wszystkim przez osoby wspierające go niewielkimi kwotami, a kampanię Romneya finansują najbardziej zamożni. Warto zauważyć, że nie chodzi tu wyłącznie o pieniądze. Każdy, kto wpłaci na kampanię – niezależnie od tego, czy będzie to 5, czy 2500 dolarów – zainwestował, więc jest już w tę kampanię zaangażowany. Na pewno zagłosuje, a być może i namówi do tego znajomych. Sztabowcy Obamy zdają się to świetnie rozumieć.