Za nami pracowity weekend, czyli pierwsze dwa dni akcji Biuro w Ruchu w Małopolsce. W sobotę byliśmy z pomarańczową przyczepą w Niepołomicach i Bochni, a wczoraj – w Skawinie i Wieliczce. Każde miejsce trochę inne, ale w każdym – sporo rozmów i mnóstwo ciekawych ludzi. Z obu dni bardzo dobre wrażenia, bo i przyjęcie zaskakująco miłe.

REKLAMA
Pojechaliśmy w kilka samochodów, bo każdego dnia towarzyszyła mi około dziesiątka wolontariuszy z Krakowa. Z pogodą mieliśmy dużo szczęścia – w sobotę cudem ominął nas deszcz (rozpadało się w 10 minut po powrocie), a w niedzielę popołudniu, już w Wieliczce, zrobiło się upalnie. Wolontariusze w pomarańczowych koszulkach zrobili w sumie pewnie z kilkadziesiąt kilometrów na piechotę, rozdając ulotki i zapraszając do stolika ustawionego przy przyczepie. Ale i bez zapraszania chętnych do rozmowy z posłem było sporo.
Dominowały tematy gospodarcze – praca, płace, ceny, trudności z prowadzeniem małej firmy. Ciekawa była rozmowa z młodą mieszkanką Skawiny, która po kilku latach wróciła z Irlandii. Co prawda mowa była o tych samych problemach, o jakich dyskutowaliśmy z innymi, ale ton dyskusji zupełnie inny: jakoś tak bardziej konstruktywnie i ze znacznie większym, ewidentnie przywiezionym z zagranicy, optymizmem. To jest coś, czego jako Polacy powinniśmy się nauczyć.
W sobotę w Niepołomicach słowaccy misjonarze wręczyli nam krzyże i medaliki z Matką Boską. Próbowali nas przekonać, my ich, ale nie było żadnych transferów ani w jedną, ani w drugą stronę. W niedzielę stoczyliśmy krótką dyskusję z przedstawicielami Narodowego Odrodzenia Polski, którego wielickie struktury, jak wynika z naszych obserwacji, liczą 4 osoby. NOP-owcy rozdawali własne ulotki, nawołujące do „całkowitego zniszczenia Unii Europejskiej”. Kiedy próby sprowokowania nas do dłuższej rozmowy zawiodły (czyli poziom „dyskusji” drastycznie się obniżył i przestaliśmy reagować), radośnie obfotografowali tablice rejestracyjne naszej przyczepy i sąsiednich samochodów, które też, niesłusznie, uznali za nasze.
Wśród zgłaszanych próśb o interwencje pojawiła się jedna oryginalna – i została załatwiona od ręki. W gorące niedzielne popołudnie do stolika ustawionego na wielickim rynku podjechał na doświadczonym życiem składaku niezwykle sympatyczny 84-latek. Porozmawialiśmy o różnych sprawach, a w rozmowie pojawił się problem z ostatniej chwili. Jak się okazało, mężczyzna ten od dłuższego czasu na swoim rowerze poszukiwał otwartej apteki, bo musiał pilnie kupić lekarstwo. Interwencję podjęliśmy natychmiast – po 15 minutach poszukiwania otwartej apteki jednym z naszych samochodów akcja została zakończona pełnym sukcesem, lek został zakupiony, a pan, totalnie zaskoczony tym, co go spotkało, w wielkim zdumieniu odjechał z rynku na swoim rowerze.
Teraz tydzień sejmowy, więc przerwa w akcji. Ale już jestem ciekaw, jak będzie następnym razem. 1 sierpnia jedziemy do miasta, gdzie „wszystko się zaczęło” – czyli do Wadowic.