Kiedy wszystkie serwisy informacyjne donosiły o sprawie 5-letniego chłopca z Gostynia, do którego nie przysłano na czas transportu medycznego, Minister Zdrowia wyrażał słuszne oburzenie tą sytuacją. Jednak już kilka dni później Bartosz Arłukowicz uznał, że polski system ratownictwa medycznego jest wręcz wzorcowy. Inaczej bowiem Minister zachowuje się w obecności dziennikarzy, a inaczej, gdy w zaciszu gabinetu ministerialnego redaguje odpowiedź na złożoną interpelację poselską.
REKLAMA
W interpelacji, którą jeszcze w lipcu przesłałem do Ministerstwa, szczegółowo opisałem trudności związane z udzieleniem pilnej pomocy medycznej pacjentom tzw. szpitali niepełnoprofilowych. W czym rzecz? Otóż obecnie jest tak, że państwowe karetki mogą być wzywane jedynie do osób, które przebywają poza szpitalem. Zakłada się bowiem, że w razie nagłego pogorszenia się stanu zdrowia pacjenta przebywającego w szpitalu to personel medyczny szpitala udzieli mu niezbędnej pomocy. I tak też najczęściej się dzieje.
Niestety obecne przepisy nie uwzględniają sytuacji pacjentów tzw. szpitali niepełnoprofilowych. Są to np. szpitale dla nerwowo chorych czy szpitale uzdrowiskowe. W szpitalach tych często nie działa całodobowy dyżur anestezjologiczny, nie ma dostępu do wielu świadczeń chirurgicznych, niemożliwe jest także wykonanie koronarografii u pacjentów z ostrym zespołem wieńcowym. W zasadzie jedynym wyposażeniem szpitali dla nerwowo chorych jest kartka i długopis.
Dlatego też jeżeli stan pacjenta znajdującego się w takim szpitalu ulegnie nagłemu pogorszeniu konieczne jest wezwanie karetki. Niestety bardzo często zdarza się, że osoba przyjmująca dyspozycję odmawia wysłania karetki tłumacząc, iż szpitale powinny same udzielić pomocy pacjentowi lub zapewnić sobie własny transport medyczny. Dyspozytorzy nie rozumieją chyba tego, że nawet najlepszy lekarz pracujący w szpitalu psychiatrycznym nie udzieli pomocy pacjentowi z zawałem serca za pomocą długopisu i notatnika. Podobnie nawet najlepszy dyrektor zarządzający szpitalem nie będzie mógł zakontraktować transportu sanitarnego w sytuacji, gdy w małych miejscowościach po prostu nie ma takich firm, które zapewniałyby wysłanie karetki reanimacyjnej.
Obecnie jedyną teoretyczną możliwością zapewnienia, że karetka pogotowia przyjedzie do pacjenta leczącego się w szpitalu niepełnoprofilowym, jest dokonanie natychmiastowego wypisu takiego pacjenta ze szpitala, następnie posadzenie go na ławce przed szpitalem i dopiero wtedy wezwanie karetki.
Taki stan rzeczy jest oczywistym absurdem, co opisałem ponad miesiąc temu w szczegółowej interpelacji do Ministra Zdrowia. Przed kilkoma dniami dostałem odpowiedź podpisaną przez wiceministra Rzemka, który, podobnie jak mistrz Pangloss z Kandyda, zapewnia mnie, że żyjemy na najlepszym ze światów i niepotrzebne są nawet najmniejsze korekty systemu ratownictwa medycznego. Wiceminister nie czyni tego jednak z filozoficznym błyskiem godnym bohatera opowiastki Woltera, lecz posługuje się biurokratyczną nowomową, raczej jak z Orwella.
Widać więc, że Ministerstwo Zdrowia opanował groźny wirus biurokracji, który stwarza śmiertelne niebezpieczeństwo dla wielu osób korzystających ze służby zdrowia. Naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego Bartosz Arłukowicz, którego skądinąd cenię, zbagatelizował bardzo poważny problem, sygnalizowany przez lekarzy szpitali niepełnoprofilowych. Apeluję więc publicznie do Pana Ministra, by jeszcze raz, ale tym razem już na poważnie, przemyślał sprawę opisaną w interpelacji.
